Od razu mówię, że nie chcę tu pozować na idealną matką bo wcale taką nie jestem. Nie uważam się za najlepszą, daleko mi do takiej. Choć może kiedyś usłyszę od Marcysi, że jestem dobrą mamą. Będę się starała.
Na Nasz Mały cud troszkę czekaliśmy, wiedziałam co mnie czeka, na co się piszemy. Choć nawet jak bardzo byśmy się tego spodziewali to dwie kreski na teście były niespodzianką.
Najpierw wyczekiwana wizyta u lekarza. Rozmowa z położną, co jeść, czego nie, co robić, czego nie. Przed ciążą mówiłam sobie, że będę jadła sałatę bo przecież tak ważny jest kwas foliowy! Rybę dwa razy w tygodniu. Tylko ciemne pieczywo, mnóstwo owoców i warzyw. Mówiłam żadnych fast foodów, napojów gazowanych i słodyczy! A jak wyszło? Pachniało mi McDonaldsem z kilometrów! Wcinałam majonez z solą i wyjadałam ćwikłę łyżeczką a potem zagryzałam całą! puszką z brzoskwiniami na koniec popijając sok prosto z tej puszki. Na mięso patrzeć nie mogłam, lodówka śmierdziała ale przecież na śniadanie można zjeść pół czekolady! Waga stała w miejscu, pewnie przez codzienne poranki u porcelanowej damy. Na szczęście zachcianki w porę minęły! Dbałam o Nasze zdrówka. Codziennie odwiedzałam znajomy warzywniak i wracałam z reklamówką owoców i warzyw. Robiłam kompoty, sałatki i owocowe i obowiązkowo do obiadu była porcja warzyw. No i tak minęła ciąża.
Urodziłam. Wyrzekliśmy się snu. Marcysia spała w dzień, w noc nie. A my na zmianę bujaliśmy, karmiliśmy, przewijaliśmy. W końcu pierwsze dziecko... tak do końca nie wiedzieliśmy co mamy robić. Karmiłam piersią więc o jakiś wyjściach nie było mowy. Fakt faktem, że nawet nie mieliśmy siły. Tak mijały miesiące, po pół roku mieliśmy już wszystko na tip top! Cały dzień rozplanowany, drzemki ustalone, wiedzieliśmy kiedy mamy czas dla siebie. Marcysia co raz mniej "korzystała" z piersi więc i ja miałam więcej czasu wolnego. No i pojawiły się pytania i propozycje. "Może ja zostanę z Małą a Wy sobie pójdziecie do kina albo gdzieś?" Skłamałabym gdybym powiedziała, że czasami nie miałam na to ochoty. Ale wieczorem usiedliśmy sobie z Bartkiem. Rozmawialiśmy. Czy jest sens, czy warto wyjść. Stwierdziliśmy, że jakbyśmy wyszli to i tak myślami bylibyśmy w domu, ciągle przy telefonie. Zero odprężenia tylko niepotrzebny stres. Marcysia zasypia o 20 i mamy czas dla siebie. Na film, kolacje... czy na rozmowę. Mała podrośnie, to jeszcze zdążymy się "pobawić", aż tacy starzy jeszcze nie jesteśmy.
Wchodzę na facebooka i widzę posty/zdjęcia innych mam z imprez/domówek. W żadnym wypadku ich nie oceniam! Ale zamiast rano odsypiać imprezowy wieczór wolę spędzić cudowny poranek we trójkę na wspólnym wylegiwaniu się w łóżku. Jestem nudna? Trudno, takie mam wartości. Całe życie marzyłam o takiej rodzinie! Nie zamierzam rezygnować z takich dni. Może im zazdroszczę? Nie... Bo mam możliwość! Mamy możliwość wyjść ale ta "możliwość" może poczekać. Wyjścia nie uciekną. W sumie nigdy nie byłam imprezowa, byliśmy bardziej "kinowi".
Oboje pracujemy, ja znacznie mniej niż Bartek. I szczerze? Ten wolny czas wolę spędzić w mężowych ramionach na kanapie oglądając nawet nudny film.
Macierzyństwo to wyrzeczenia. Ale za tymi wyrzeczeniami są takie momenty, które warte są wszystkiego! Zapominam o tym, że siedzę w domu kiedy to inni się bawią. Dla mnie ten uśmiech z czterema zębami [prawie sześcioma] jest najcenniejszy! W domu mam dwa skarby. Po co wychodzić po inne?
Emilko a kiedy robilas test ciążowy?
OdpowiedzUsuńNa początku lutego.
UsuńNoooo w końcu już mogę komentować :)
OdpowiedzUsuńCo do postu... Ja mam tak samo. Ile razy słyszę że babcia małą się zajmie... A my mamy gdzieś wyjść, zaszaleć. Ale wiesz co? Ja nie chce. Teraz chce spędzać czas w trójkę i jest mi z tym dobrze. I czy jesteśmy nudne? Wcale nie :) Poprostu każdy ma swoje priorytety. Naszym jest rodzina :) Pozdrawiamy z Zuzią :))