Marcysia śpi, Mąż w pracy, w chwili ciszy... biorę się za posta dla Was.
Macierzyństwo nie jest cukierkowe, kolorowe z wiecznie uśmiechniętą i wypoczętą mamą w tle. Zgadzacie się z tym stwierdzeniem? Jeśli tak to chciałabym to zobaczyć na własne oczy. Przy końcówce ciąży na blogu pisałam, że chcę już urodzić i mieć Małą obok. Dostałam komentarz: "Wyśpij się póki możesz, potem nie będzie czasu". Ja odpisałam, że wyspałam się za wszystkie czasy i już więcej nie potrzebuję. Oj ja głupia. Mogłam spać ile wlezie! Pierwsza noc po porodzie przespana i to by było na tyle. Dokładnie od 10 miesięcy i 13 dni nie przespałam ŻADNEJ nocy w całości. Czasem myślę sobie, że jak Marcysia urośnie to trzasnę sobie 24 h spania! A co! Nie mówię tu nawet o pobudce na karmienie bo to nic strasznego... ale pobudka na 2-3 godziny zabawy to ciężka sprawa. Nawet jak się rozbudzę to walczę żeby nie zamknąć oka. Choć przyznaję się, że przy karmieniu piersią nie raz, nie dwa zdarzyło mi się przysnąć. Ale założę się, że nie tylko mi.
Dla mnie karmienie piersią przez długi czas nie było takie piękne... Mówili "przez karmienie piersią nawiążesz z dzieckiem niesamowitą więź". Dobra mi więź jak przy każdym karmieniu płakałam z bólu i krzyczałam w sobie. A! I jeszcze nawały pokarmu przy ponad 39 stopniach gorączki. Zostawić źle a ruszyć jeszcze gorzej. Pamiętam jak pół nocy siedziałam w kuchni z laktatorem, który nie raz uratował mi życie. Potem karmienie rzeczywiście stało się piękne i miałyśmy tę więź. Aż to czasu... pojawienia się ząbków. Uwielbiam karmić ale te małe perełeczki są ostre jak zęby piranii.
Sama twierdzę, że uśmiech dziecka wynagradza wiele. Ale czasami człowiek na prawdę jest zmęczony. Wewnątrz jest szczęśliwy widząc uśmiech dziecka ale po prostu nie ma siły tego pokazać.
Kiedy Marcysia rano się obudzi czasem mam ochotę zakryć głowę kołdrą i iść dalej spać. Ja nie wiem skąd ona ma siłę gdy zasypia o 3 w nocy a o 5 jest już gotowa na nowy dzień i zabawy. Czasem i nawet mocna kawa z rana nie pomaga...
Nie zapominajmy o ząbkowaniu. Zazdroszczę mamom, których maluszki przechodzą ten okres bezobjawowo. U Nas to ciągłe marudzenie, budzenie co 40 minut, katar, brak apetytu. Chce się jakoś pomóc dziecku, ale nie może... Ta bezsilność jest straszna. A przebicie się ząbka to ulga i dla dziecka i dla mamy. Wiem, że nie które Maluszki mają gorzej. Chylę czoła dla ich mam!
U Nas aktualnie jest okres ogromnego wymuszania. Ledwo dokończę mówić: "nie wolno" a Marcysia już płacze. Wyłączę tv to idzie do mnie i płacze, zabieram coś... płacze. Staram się być twarda bo to już jest WYCHOWANIE. A chcemy Ją wychować najlepiej jak potrafimy.
Nie widzę macierzyństwa w ciemnych barwach. Broń Boże! Jest piękne, ale ciągnie za sobą inne rzeczy. Do tego trzeba dojrzeć. W niektórych przypadkach wczesne macierzyństwo jest na prawdę złe. Głośno mówi się tylko o tych dobrych aspektach a powinno się mówić też o tej szarej rzeczywistości. Ja nie przypominam sobie by mówiono o macierzyństwie w szkole tak jak wygląda teraz. Pamiętam same pozytywy. Nie mówiono o nieprzespanych nocach i innych rzeczach. A powinno!
Podsumowując. Macierzyństwo jest piękne. Cieszmy się z tych dobrych chwil. Ale jako mamy przyznajmy głośno, że czasem bywa ciężko. To nie wstyd! Powiedzmy jak chcemy odpocząć, zrelaksować się. Przyznajmy, że Nam ciężko. Macierzyństwo to nie urlop, to ciężka praca. Tylko wynagrodzenie nie jest warte, żadnych pieniędzy. Spięta mama to spięte dziecko. Spokojna mama... to spokojne dziecko? Oj nie zawsze. :P
Miłej nocy!
niedziela, 30 sierpnia 2015
czwartek, 27 sierpnia 2015
Instynkt.
Widzę, że zaglądacie tu nawet jak nie ma notki. Bardzo mi miło i dziękuję. Zmieniłam ustawienia komentarzy bo wcześniej anonimowe osoby nie mogły komentować. Teraz już wszystko działa sprawnie.
Wiem, że posty jak na razie są same "mamowe" ale na pewno będą tu wpisy też nie tylko związane z dziećmi i macierzyństwem.
Dziś co nie co o instynkcie. Jako nastolatka lubiłam małe dzieci. Ich zapach, dotyk, obecność. Uśmiechałam się do maluszków mijanych na ulicy, z ciekawością zaglądałam do wózka. Z czasem kiedy to moje rówieśniczki zachodziły w ciążę trochę im zazdrościłam. Ale nie myślałam o obowiązkach tylko o posiadaniu takiego cuda. Ale przecież miałam czas.
Przyszła pora na mnie. Zaszłam w ciążę. Tuż przy końcówce naszły mnie obawy. Przecież ja nawet nie potrafię przewinąć noworodka, nie wiem jak je wziąć na ręce, jak kąpać czy ubierać. Wszyscy powtarzali, że to się "samemu" wie. Że ta cała wiedza "spływa" tuż po porodzie. I tak się stało! Po pierwszych wspólnych sekundach wiedziałam co robić, jak dać jej bezpieczeństwo. Nie potrafiłabym jej skrzywdzić, nawet przewijanie było proste. Nic w tym trudnego. Przy ubieraniu miałam problem, bałam się trochę ale kilka razy przebieranek i szybko doszłam do wprawy.
Z powodu zarażenia się bakterią Marcysia trafiła na jedną dobę na patologię noworodków. Tu przekonałam się jak instynkt kobiety jest silny. Spędziłam całą noc przy Cysi, w pokoju było 5 maluszków. W tym dwoje wcześniaczków, takich malusich. Marcysia śpi a obok płacze maluszek. Co robić? Serce nie pozwala siedzieć i czekać aż przyjdzie pielęgniarka. Więc bujam, głaszczę, nawet przewijam. Kiedy ja poszłam się zdrzemnąć to koleżanka buja Marcysie, kiedy ona ja bujam jej synka. Nie ważne czyje to dziecko, ważne żeby spało spokojnie. Gdy Marcysia płakała dzwonili do mnie a ja biegłam z pokoju prawie gubiąc nogi. Miała dopiero 2 dni a ja już wszystko bym jej oddała, całą siebie. Wszystko byleby jej nic nie brakowało. Pielęgniarki - złote kobiety. To piękne, że można mieć tyle miłości do nie swojego dziecka. Kiedy ja w nocy karmiłam Marcysie, pielęgniarka nosiła Maluszki i nuciła im, opowiadała. To wspaniałe.
Myślę, że każda kobieta ma instynkt macierzyński, który pojawi się wcześniej czy później. Choćby wcześniej nawet na oczy noworodka nie widziała to i tak będzie wiedziała co ma robić. Taka natura kobiety.
Oho! Miałam coś więcej dopisać. Ale ktoś się tu budzi z pierwszej drzemki. Lecimy na spacer. Całujemy!
Wiem, że posty jak na razie są same "mamowe" ale na pewno będą tu wpisy też nie tylko związane z dziećmi i macierzyństwem.
Dziś co nie co o instynkcie. Jako nastolatka lubiłam małe dzieci. Ich zapach, dotyk, obecność. Uśmiechałam się do maluszków mijanych na ulicy, z ciekawością zaglądałam do wózka. Z czasem kiedy to moje rówieśniczki zachodziły w ciążę trochę im zazdrościłam. Ale nie myślałam o obowiązkach tylko o posiadaniu takiego cuda. Ale przecież miałam czas.
Przyszła pora na mnie. Zaszłam w ciążę. Tuż przy końcówce naszły mnie obawy. Przecież ja nawet nie potrafię przewinąć noworodka, nie wiem jak je wziąć na ręce, jak kąpać czy ubierać. Wszyscy powtarzali, że to się "samemu" wie. Że ta cała wiedza "spływa" tuż po porodzie. I tak się stało! Po pierwszych wspólnych sekundach wiedziałam co robić, jak dać jej bezpieczeństwo. Nie potrafiłabym jej skrzywdzić, nawet przewijanie było proste. Nic w tym trudnego. Przy ubieraniu miałam problem, bałam się trochę ale kilka razy przebieranek i szybko doszłam do wprawy.
Z powodu zarażenia się bakterią Marcysia trafiła na jedną dobę na patologię noworodków. Tu przekonałam się jak instynkt kobiety jest silny. Spędziłam całą noc przy Cysi, w pokoju było 5 maluszków. W tym dwoje wcześniaczków, takich malusich. Marcysia śpi a obok płacze maluszek. Co robić? Serce nie pozwala siedzieć i czekać aż przyjdzie pielęgniarka. Więc bujam, głaszczę, nawet przewijam. Kiedy ja poszłam się zdrzemnąć to koleżanka buja Marcysie, kiedy ona ja bujam jej synka. Nie ważne czyje to dziecko, ważne żeby spało spokojnie. Gdy Marcysia płakała dzwonili do mnie a ja biegłam z pokoju prawie gubiąc nogi. Miała dopiero 2 dni a ja już wszystko bym jej oddała, całą siebie. Wszystko byleby jej nic nie brakowało. Pielęgniarki - złote kobiety. To piękne, że można mieć tyle miłości do nie swojego dziecka. Kiedy ja w nocy karmiłam Marcysie, pielęgniarka nosiła Maluszki i nuciła im, opowiadała. To wspaniałe.
Myślę, że każda kobieta ma instynkt macierzyński, który pojawi się wcześniej czy później. Choćby wcześniej nawet na oczy noworodka nie widziała to i tak będzie wiedziała co ma robić. Taka natura kobiety.
Oho! Miałam coś więcej dopisać. Ale ktoś się tu budzi z pierwszej drzemki. Lecimy na spacer. Całujemy!
wtorek, 25 sierpnia 2015
Być kobietą.
Szczerze mówiąc po porodzie zatraciłam część swojej kobiecości. W czasie ciąży nie ubierałam się luźno, uwielbiałam eksponować mój brzuszek. Byłam z niego dumna. A po porodzie? Same wiecie jak przez pierwsze tygodnie ten brzuch wygląda. Na sali poporodowej jak zobaczyłam mój brzuch byłam w szoku! No wiedziałam, że nie będzie płaski ale nie spodziewałam się takiego widoku. To było straszne! No ale fakt faktem, że po kilku tygodniach macica wróciła do pierwotnej wielkości i brzuch poniekąd też.
Po powrocie do domu nie miałam w głowie codziennego makijażu czy prostowania włosów. Ważne było by ubrać koszulkę w której łatwo będzie mi karmić. Taki priorytet matki karmiącej. A! I bluzka oczywiście nie za ładna, żeby nie było żal jak dziecku się uleje.
Po połogu poszłam na wizytę do ginekologa. Położna mnie zważyła. Waga mnie ośmieliła, pan doktor pochwalił, że szybko gubię te kilogramy. Podbudowana wróciłam do domu. Wyciągnęłam jeansy z przed ciąży... weszłam! Ba! Nawet się zapięłam. Mąż został z Małą w domu a ja pojechałam na zakupy. Powoli zaczęłam wracać do dawnej siebie... Wiecie, jak kobieta czuje się ładnie to i jest szczęśliwa. A komplementy męża tylko nakręcały mnie do dbania o siebie.
Paznokci nie mam zrobionych. Mam pomalowane swoje naturalne. Osobiście nie wiem jak przy takim maluszku można mieć tipsy. Ale jak kto woli. Ja bym się bała, że dziecko zadrapie albo zrobię inną krzywdę. Włosy farbuję tylko jak ktoś zajmie się Cysią. Siedzę całą godzinę w łazience byleby nie wdychała tego smrodu farby. Maluję się codziennie, choć zrezygnowałam z ciężkich podkładów czy fluidów na rzecz kremów CC. Zazwyczaj stoję przed lustrem z Małą przylepką przy nodze, która też przygląda się w lustrze. Gdybyśmy mieli wannę pewnie i korzystałabym z długich, relaksujących kąpieli w olejkach. Ale mamy prysznic, więc pozostaje 10 minut pod prysznicem... bo 5 minut to przecież trzymam samą odżywkę.
Wracając do włosów. Po porodzie tak wypadały, że prawie byłam łysa. Garściami, wszędzie je gubiłam. Wszędzie je widziałam. Non stop chodziłam w koku a one i tak leżały na dywanie. Odżywki, wcierki, olejki... nie pomagały. Ścięłam do ramion. Trochę pomogło. Jestem 10 miesięcy po porodzie a one nadal wypadają. Nie tak bardzo... ale przy rozczesywaniu lecą. Mam ich połowę mniej niż przed ciążą.
W ciąży przytyłam jakieś 15 kg. Obecnie mam 6 kg mniej niż przed ciążą. Chciałabym zgubić jeszcze kolejne 6 ale ciężko idzie. Może kiedyś się w końcu uda.
Jestem mamą 24/7 ale jestem też kobietą. I staram się tej kobiety nie zgubić. Cieszę się, że w porę "wzięłam się" za siebie i wróciłam do "żywych". Nie chcielibyście mnie zobaczyć miesiąc po porodzie. Dobrze, że nie mam żadnych zdjęć z tego okresu. Ważne, że odnalazłam siebie i w końcu dobrze się czuję w swoim ciele.
Całuję!
Po powrocie do domu nie miałam w głowie codziennego makijażu czy prostowania włosów. Ważne było by ubrać koszulkę w której łatwo będzie mi karmić. Taki priorytet matki karmiącej. A! I bluzka oczywiście nie za ładna, żeby nie było żal jak dziecku się uleje.
Po połogu poszłam na wizytę do ginekologa. Położna mnie zważyła. Waga mnie ośmieliła, pan doktor pochwalił, że szybko gubię te kilogramy. Podbudowana wróciłam do domu. Wyciągnęłam jeansy z przed ciąży... weszłam! Ba! Nawet się zapięłam. Mąż został z Małą w domu a ja pojechałam na zakupy. Powoli zaczęłam wracać do dawnej siebie... Wiecie, jak kobieta czuje się ładnie to i jest szczęśliwa. A komplementy męża tylko nakręcały mnie do dbania o siebie.
Paznokci nie mam zrobionych. Mam pomalowane swoje naturalne. Osobiście nie wiem jak przy takim maluszku można mieć tipsy. Ale jak kto woli. Ja bym się bała, że dziecko zadrapie albo zrobię inną krzywdę. Włosy farbuję tylko jak ktoś zajmie się Cysią. Siedzę całą godzinę w łazience byleby nie wdychała tego smrodu farby. Maluję się codziennie, choć zrezygnowałam z ciężkich podkładów czy fluidów na rzecz kremów CC. Zazwyczaj stoję przed lustrem z Małą przylepką przy nodze, która też przygląda się w lustrze. Gdybyśmy mieli wannę pewnie i korzystałabym z długich, relaksujących kąpieli w olejkach. Ale mamy prysznic, więc pozostaje 10 minut pod prysznicem... bo 5 minut to przecież trzymam samą odżywkę.
Wracając do włosów. Po porodzie tak wypadały, że prawie byłam łysa. Garściami, wszędzie je gubiłam. Wszędzie je widziałam. Non stop chodziłam w koku a one i tak leżały na dywanie. Odżywki, wcierki, olejki... nie pomagały. Ścięłam do ramion. Trochę pomogło. Jestem 10 miesięcy po porodzie a one nadal wypadają. Nie tak bardzo... ale przy rozczesywaniu lecą. Mam ich połowę mniej niż przed ciążą.
W ciąży przytyłam jakieś 15 kg. Obecnie mam 6 kg mniej niż przed ciążą. Chciałabym zgubić jeszcze kolejne 6 ale ciężko idzie. Może kiedyś się w końcu uda.
Jestem mamą 24/7 ale jestem też kobietą. I staram się tej kobiety nie zgubić. Cieszę się, że w porę "wzięłam się" za siebie i wróciłam do "żywych". Nie chcielibyście mnie zobaczyć miesiąc po porodzie. Dobrze, że nie mam żadnych zdjęć z tego okresu. Ważne, że odnalazłam siebie i w końcu dobrze się czuję w swoim ciele.
Całuję!
niedziela, 23 sierpnia 2015
Wyrzeczenia.
Od razu mówię, że nie chcę tu pozować na idealną matką bo wcale taką nie jestem. Nie uważam się za najlepszą, daleko mi do takiej. Choć może kiedyś usłyszę od Marcysi, że jestem dobrą mamą. Będę się starała.
Na Nasz Mały cud troszkę czekaliśmy, wiedziałam co mnie czeka, na co się piszemy. Choć nawet jak bardzo byśmy się tego spodziewali to dwie kreski na teście były niespodzianką.
Najpierw wyczekiwana wizyta u lekarza. Rozmowa z położną, co jeść, czego nie, co robić, czego nie. Przed ciążą mówiłam sobie, że będę jadła sałatę bo przecież tak ważny jest kwas foliowy! Rybę dwa razy w tygodniu. Tylko ciemne pieczywo, mnóstwo owoców i warzyw. Mówiłam żadnych fast foodów, napojów gazowanych i słodyczy! A jak wyszło? Pachniało mi McDonaldsem z kilometrów! Wcinałam majonez z solą i wyjadałam ćwikłę łyżeczką a potem zagryzałam całą! puszką z brzoskwiniami na koniec popijając sok prosto z tej puszki. Na mięso patrzeć nie mogłam, lodówka śmierdziała ale przecież na śniadanie można zjeść pół czekolady! Waga stała w miejscu, pewnie przez codzienne poranki u porcelanowej damy. Na szczęście zachcianki w porę minęły! Dbałam o Nasze zdrówka. Codziennie odwiedzałam znajomy warzywniak i wracałam z reklamówką owoców i warzyw. Robiłam kompoty, sałatki i owocowe i obowiązkowo do obiadu była porcja warzyw. No i tak minęła ciąża.
Urodziłam. Wyrzekliśmy się snu. Marcysia spała w dzień, w noc nie. A my na zmianę bujaliśmy, karmiliśmy, przewijaliśmy. W końcu pierwsze dziecko... tak do końca nie wiedzieliśmy co mamy robić. Karmiłam piersią więc o jakiś wyjściach nie było mowy. Fakt faktem, że nawet nie mieliśmy siły. Tak mijały miesiące, po pół roku mieliśmy już wszystko na tip top! Cały dzień rozplanowany, drzemki ustalone, wiedzieliśmy kiedy mamy czas dla siebie. Marcysia co raz mniej "korzystała" z piersi więc i ja miałam więcej czasu wolnego. No i pojawiły się pytania i propozycje. "Może ja zostanę z Małą a Wy sobie pójdziecie do kina albo gdzieś?" Skłamałabym gdybym powiedziała, że czasami nie miałam na to ochoty. Ale wieczorem usiedliśmy sobie z Bartkiem. Rozmawialiśmy. Czy jest sens, czy warto wyjść. Stwierdziliśmy, że jakbyśmy wyszli to i tak myślami bylibyśmy w domu, ciągle przy telefonie. Zero odprężenia tylko niepotrzebny stres. Marcysia zasypia o 20 i mamy czas dla siebie. Na film, kolacje... czy na rozmowę. Mała podrośnie, to jeszcze zdążymy się "pobawić", aż tacy starzy jeszcze nie jesteśmy.
Wchodzę na facebooka i widzę posty/zdjęcia innych mam z imprez/domówek. W żadnym wypadku ich nie oceniam! Ale zamiast rano odsypiać imprezowy wieczór wolę spędzić cudowny poranek we trójkę na wspólnym wylegiwaniu się w łóżku. Jestem nudna? Trudno, takie mam wartości. Całe życie marzyłam o takiej rodzinie! Nie zamierzam rezygnować z takich dni. Może im zazdroszczę? Nie... Bo mam możliwość! Mamy możliwość wyjść ale ta "możliwość" może poczekać. Wyjścia nie uciekną. W sumie nigdy nie byłam imprezowa, byliśmy bardziej "kinowi".
Oboje pracujemy, ja znacznie mniej niż Bartek. I szczerze? Ten wolny czas wolę spędzić w mężowych ramionach na kanapie oglądając nawet nudny film.
Macierzyństwo to wyrzeczenia. Ale za tymi wyrzeczeniami są takie momenty, które warte są wszystkiego! Zapominam o tym, że siedzę w domu kiedy to inni się bawią. Dla mnie ten uśmiech z czterema zębami [prawie sześcioma] jest najcenniejszy! W domu mam dwa skarby. Po co wychodzić po inne?
Na Nasz Mały cud troszkę czekaliśmy, wiedziałam co mnie czeka, na co się piszemy. Choć nawet jak bardzo byśmy się tego spodziewali to dwie kreski na teście były niespodzianką.
Najpierw wyczekiwana wizyta u lekarza. Rozmowa z położną, co jeść, czego nie, co robić, czego nie. Przed ciążą mówiłam sobie, że będę jadła sałatę bo przecież tak ważny jest kwas foliowy! Rybę dwa razy w tygodniu. Tylko ciemne pieczywo, mnóstwo owoców i warzyw. Mówiłam żadnych fast foodów, napojów gazowanych i słodyczy! A jak wyszło? Pachniało mi McDonaldsem z kilometrów! Wcinałam majonez z solą i wyjadałam ćwikłę łyżeczką a potem zagryzałam całą! puszką z brzoskwiniami na koniec popijając sok prosto z tej puszki. Na mięso patrzeć nie mogłam, lodówka śmierdziała ale przecież na śniadanie można zjeść pół czekolady! Waga stała w miejscu, pewnie przez codzienne poranki u porcelanowej damy. Na szczęście zachcianki w porę minęły! Dbałam o Nasze zdrówka. Codziennie odwiedzałam znajomy warzywniak i wracałam z reklamówką owoców i warzyw. Robiłam kompoty, sałatki i owocowe i obowiązkowo do obiadu była porcja warzyw. No i tak minęła ciąża.
Urodziłam. Wyrzekliśmy się snu. Marcysia spała w dzień, w noc nie. A my na zmianę bujaliśmy, karmiliśmy, przewijaliśmy. W końcu pierwsze dziecko... tak do końca nie wiedzieliśmy co mamy robić. Karmiłam piersią więc o jakiś wyjściach nie było mowy. Fakt faktem, że nawet nie mieliśmy siły. Tak mijały miesiące, po pół roku mieliśmy już wszystko na tip top! Cały dzień rozplanowany, drzemki ustalone, wiedzieliśmy kiedy mamy czas dla siebie. Marcysia co raz mniej "korzystała" z piersi więc i ja miałam więcej czasu wolnego. No i pojawiły się pytania i propozycje. "Może ja zostanę z Małą a Wy sobie pójdziecie do kina albo gdzieś?" Skłamałabym gdybym powiedziała, że czasami nie miałam na to ochoty. Ale wieczorem usiedliśmy sobie z Bartkiem. Rozmawialiśmy. Czy jest sens, czy warto wyjść. Stwierdziliśmy, że jakbyśmy wyszli to i tak myślami bylibyśmy w domu, ciągle przy telefonie. Zero odprężenia tylko niepotrzebny stres. Marcysia zasypia o 20 i mamy czas dla siebie. Na film, kolacje... czy na rozmowę. Mała podrośnie, to jeszcze zdążymy się "pobawić", aż tacy starzy jeszcze nie jesteśmy.
Wchodzę na facebooka i widzę posty/zdjęcia innych mam z imprez/domówek. W żadnym wypadku ich nie oceniam! Ale zamiast rano odsypiać imprezowy wieczór wolę spędzić cudowny poranek we trójkę na wspólnym wylegiwaniu się w łóżku. Jestem nudna? Trudno, takie mam wartości. Całe życie marzyłam o takiej rodzinie! Nie zamierzam rezygnować z takich dni. Może im zazdroszczę? Nie... Bo mam możliwość! Mamy możliwość wyjść ale ta "możliwość" może poczekać. Wyjścia nie uciekną. W sumie nigdy nie byłam imprezowa, byliśmy bardziej "kinowi".
Oboje pracujemy, ja znacznie mniej niż Bartek. I szczerze? Ten wolny czas wolę spędzić w mężowych ramionach na kanapie oglądając nawet nudny film.
Macierzyństwo to wyrzeczenia. Ale za tymi wyrzeczeniami są takie momenty, które warte są wszystkiego! Zapominam o tym, że siedzę w domu kiedy to inni się bawią. Dla mnie ten uśmiech z czterema zębami [prawie sześcioma] jest najcenniejszy! W domu mam dwa skarby. Po co wychodzić po inne?
piątek, 21 sierpnia 2015
Presja.
Dzisiejszy post poniekąd jest ciut związany z poprzednim.
Moja ciąża trwała dokładnie 9 miesięcy i 10 dni. Z tego czasu spokojnie cieszyłam się ciążą może jakieś 7 miesięcy. Potem było kompletowanie wyprawki. Dla niektórych mam to za pewne przyjemność, ale ja w tym czasie nie miałam już siły. Wszyscy w koło mówili, żeby za wcześnie nie kompletować wyprawki a ja głupia się posłuchałam. Jak przyszło co do czego to praktycznie wszystko zamawiałam przez internet bo po prostu nie miałam siły chodzić. A była to końcówka gorącego sierpnia.
Ciąża donoszona. Skończony 37 tydzień. Ciągłe telefony, pytania, "porady". Nawet nie odbierałam telefonu. Ale zza ściany słyszałam jak babcia tłumaczyła, że jeszcze nic się nie dzieje. "Musisz więcej chodzić a Ty tylko siedzisz". No kurczę! Upał 30 stopni, brzuch zasłaniał mi świat, 3 i pół kilowe ciałko naciskało mi na pęcherz a ja mam latać na spacerki. Prawie płakałam z bezsilności.
Nadszedł 6 październik, termin porodu. Cisza. Wtedy to już drażniło mnie dosłownie wszystko! Wewnątrz czułam... nawet byłam pewna, że skończy się na wywoływaniu. Chciałam tylko wytrzymać te 7 dni i stawić się w szpitalu. Starałam się mijać mimo uszu te docinki, teksty.
Leżąc w szpitalu chciałam urodzić. Nie ważne czy siłami natury czy cesarskim cięciem. Byleby mieć Marcysię obok siebie. 16 października o 7:57 urodziłam zdrową dziewczynkę.
Tak, urodziłam siłami natury. Ale nie rozumiem tego ataku na kobiety rodzące [no bo przecież to jakiś rodzaj porodu] po przez cesarskie cięcie. Wydały na świat dziecko? Wydały! Czy są gorsze? W żadnym wypadku! Tu decyduje dobro dziecko a nie widzi mi się matki. Każda z Nas nosiła malucha pod piersią przez 9 miesięcy. I co ma tu do rzeczy poród? Dziecko zdrowe i to jest najważniejsze.
Kolejna sprawa. Bardzo bolesna i frustrująca dla mnie. Karmienie piersią. W moim szpitalu nie było mowy by nie karmić piersią. Ja chciałam, choć nie radziłam sobie z karmieniem wcale. Do sali wchodziła pielęgniarka, patrzyła czy karmimy. A jak ją wołałam, że mnie boli, że Mała źle łapie to owszem poprawiła ale nic więcej. Wyłam z bólu. W nocy Mała płakała, nie umiałam jej przystawić. Wzywałam pielęgniarkę kilka razy, przyszła i łaskawie dała mi mm. Mała się najadła a ja mogłam trochę odespać poród. W szpitalu byłyśmy 5 dni, z czego jakieś 4 razy Marcysia dostała mm, resztę czasu praktycznie "wisiała" na piersi. A ja byłam zmęczona, śpiąca i płakałam z bólu przy przystawianiu do piersi. A za plecami ciągle słyszałam by na siłę przystawiać no i non stop, że źle to robię.
Po powrocie do domu. Problemy odeszły. Po jakimś tygodniu mogłam się cieszyć spokojnym, bezbolesnym i pięknym karmieniem. Bez presji! Karmię już ponad 10 miesięcy. Nie uważam się za lepszą choć jestem z siebie dumna, że mimo wszystko dałam radę.
Podsumowując. Nie ważne czy rodziłaś SN czy CC, nie ważne czy KP czy MM. [Ja cię, ale skróty!] Jesteś mamą! Najwspanialszą dla swojego dziecka. I pamiętaj, Twoje ciało stworzyło Cud! No z małą pomocą mężczyzn, nie zapominajmy o tym. :P
A po porodzie niestety presja nie znika, było o tym w poprzednim wpisie. Jedyne to możemy zrobić to mieć to gdzieś! :)
Całujemy i życzymy miłego, słonecznego dnia! :*
Moja ciąża trwała dokładnie 9 miesięcy i 10 dni. Z tego czasu spokojnie cieszyłam się ciążą może jakieś 7 miesięcy. Potem było kompletowanie wyprawki. Dla niektórych mam to za pewne przyjemność, ale ja w tym czasie nie miałam już siły. Wszyscy w koło mówili, żeby za wcześnie nie kompletować wyprawki a ja głupia się posłuchałam. Jak przyszło co do czego to praktycznie wszystko zamawiałam przez internet bo po prostu nie miałam siły chodzić. A była to końcówka gorącego sierpnia.
Ciąża donoszona. Skończony 37 tydzień. Ciągłe telefony, pytania, "porady". Nawet nie odbierałam telefonu. Ale zza ściany słyszałam jak babcia tłumaczyła, że jeszcze nic się nie dzieje. "Musisz więcej chodzić a Ty tylko siedzisz". No kurczę! Upał 30 stopni, brzuch zasłaniał mi świat, 3 i pół kilowe ciałko naciskało mi na pęcherz a ja mam latać na spacerki. Prawie płakałam z bezsilności.
Nadszedł 6 październik, termin porodu. Cisza. Wtedy to już drażniło mnie dosłownie wszystko! Wewnątrz czułam... nawet byłam pewna, że skończy się na wywoływaniu. Chciałam tylko wytrzymać te 7 dni i stawić się w szpitalu. Starałam się mijać mimo uszu te docinki, teksty.
Leżąc w szpitalu chciałam urodzić. Nie ważne czy siłami natury czy cesarskim cięciem. Byleby mieć Marcysię obok siebie. 16 października o 7:57 urodziłam zdrową dziewczynkę.
Tak, urodziłam siłami natury. Ale nie rozumiem tego ataku na kobiety rodzące [no bo przecież to jakiś rodzaj porodu] po przez cesarskie cięcie. Wydały na świat dziecko? Wydały! Czy są gorsze? W żadnym wypadku! Tu decyduje dobro dziecko a nie widzi mi się matki. Każda z Nas nosiła malucha pod piersią przez 9 miesięcy. I co ma tu do rzeczy poród? Dziecko zdrowe i to jest najważniejsze.
Kolejna sprawa. Bardzo bolesna i frustrująca dla mnie. Karmienie piersią. W moim szpitalu nie było mowy by nie karmić piersią. Ja chciałam, choć nie radziłam sobie z karmieniem wcale. Do sali wchodziła pielęgniarka, patrzyła czy karmimy. A jak ją wołałam, że mnie boli, że Mała źle łapie to owszem poprawiła ale nic więcej. Wyłam z bólu. W nocy Mała płakała, nie umiałam jej przystawić. Wzywałam pielęgniarkę kilka razy, przyszła i łaskawie dała mi mm. Mała się najadła a ja mogłam trochę odespać poród. W szpitalu byłyśmy 5 dni, z czego jakieś 4 razy Marcysia dostała mm, resztę czasu praktycznie "wisiała" na piersi. A ja byłam zmęczona, śpiąca i płakałam z bólu przy przystawianiu do piersi. A za plecami ciągle słyszałam by na siłę przystawiać no i non stop, że źle to robię.
Po powrocie do domu. Problemy odeszły. Po jakimś tygodniu mogłam się cieszyć spokojnym, bezbolesnym i pięknym karmieniem. Bez presji! Karmię już ponad 10 miesięcy. Nie uważam się za lepszą choć jestem z siebie dumna, że mimo wszystko dałam radę.
Podsumowując. Nie ważne czy rodziłaś SN czy CC, nie ważne czy KP czy MM. [Ja cię, ale skróty!] Jesteś mamą! Najwspanialszą dla swojego dziecka. I pamiętaj, Twoje ciało stworzyło Cud! No z małą pomocą mężczyzn, nie zapominajmy o tym. :P
A po porodzie niestety presja nie znika, było o tym w poprzednim wpisie. Jedyne to możemy zrobić to mieć to gdzieś! :)
Całujemy i życzymy miłego, słonecznego dnia! :*
środa, 19 sierpnia 2015
Rozwój.
Założę się, że każda z Was spotkała się z porównywaniem dzieci. Sama się przed tym broniłam ale przyznaję, że raz czy dwa porównałam Marcysię do rówieśników. To był błąd bo tylko nie potrzebnie się nakręcałam. Nie warto. Po co? Ciągle słyszę, że każde dziecko rozwija się w swoim tempie. To cała prawda i tym powinniśmy się kierować.
Pierwszy rok życia dziecka to dla rodzica ciągła presja. A to pierwszy ząbek, raczkowanie, wstawanie, chodzenie. O to co je dziecko, jak się zachowuje, ile waży, jakie nosi ubrania. Ciągłe konkurowanie. Marcysi późno wyszedł pierwszy ząbek, za plecami co róż słyszałam, że "x" już w tym wieku miał a "y" to nawet i dwa ząbki! Denerwowałam się. A tu przypadkowo, w dzień ukończenia 8 miesiąca wystukaliśmy dwie jedynki. Raczkować też zaczęła późno, moment potem już stała przy stole a teraz chodzi dookoła ławy. Nie które 10-miesięczne dzieci już chodzą. Cysia nie. Martwi mnie to? Wcale! Marcysia jest uśmiechniętym, szczęśliwym dzieckiem, które rozwija się swoim tempem. Nie naciskamy na Nią, nie zmuszamy. Ma czas.
Nie rozumiem sadzania 4 miesięcznego malucha, albo rozszerzania diety 3 miesięcznemu. Dlaczego? Bo mama się nie może doczekać? Spokojnie na wszystko przyjdzie czas. Karmienie dziecka to jest tak delikatna sprawa, one mają delikatne żołądki. Ale o tym może w innym wpisie.
Należę do pewnej grupy na facebooku. I cyklicznie pojawiają się wpisy: "Co potrafi już wasz pół roczniak?"; "Ile powinien ważyć chłopiec 3 miesięczny?" Ja rozumiem, ciekawość, chęć dokształcenia. Ale komentarze przechodzą ludzkie pojęcie. Matki przekupują się co potrafi jej dziecko. A hitem jest Mama, która napisała, że jej syn odpowiada "tak" na jej różne pytania. Syn miał 4 miesiące? Może rzeczywiście czują się lepiej, że ich dziecko potrafi coś więcej niż inne. I Gratuluję. Z podziwem patrzę na 9 miesięczne maluchy spacerujące po ulicy. Ale wiem, że jeszcze zdążę się nabiegać za Marcysią i będę tęsknić za czasem kiedy to grzecznie siedziała na dywanie.
Przez pierwsze 4 miesiące życia Marceliny studiowałam wszystkie tabelki, artykuły o umiejętnościach dzieci. I denerwowałam się jak czegoś jeszcze nie umiała. A okazywało się, że umie! I to w najmniej oczekiwanym momencie. Po co to czytałam? Nocami zastanawiałam się, że może powinnam jej jakoś pomagać w rozwoju, a przecież ona sobie świetnie sama radziła. Bez niczyjej pomocy, zadziwiała Nas z dnia na dzień. Już nie czytam tych artykułów, tylko co dzień zachwycam się jej umiejętnościami. Każde dziecko jest inne, wyjątkowe. Nasze!
To że dziecko Twojej koleżanki już chodzi nie oznacza, że Twoje jest "opóźnione". Rozwija się swoim tempem. A Ty patrz i podziwiaj. Bo rozwój dziecka to coś wspaniałego.
Miłego dnia! :*
Całujemy z Panną M, która próbuje dorwać się do laptopa. :)
Pierwszy rok życia dziecka to dla rodzica ciągła presja. A to pierwszy ząbek, raczkowanie, wstawanie, chodzenie. O to co je dziecko, jak się zachowuje, ile waży, jakie nosi ubrania. Ciągłe konkurowanie. Marcysi późno wyszedł pierwszy ząbek, za plecami co róż słyszałam, że "x" już w tym wieku miał a "y" to nawet i dwa ząbki! Denerwowałam się. A tu przypadkowo, w dzień ukończenia 8 miesiąca wystukaliśmy dwie jedynki. Raczkować też zaczęła późno, moment potem już stała przy stole a teraz chodzi dookoła ławy. Nie które 10-miesięczne dzieci już chodzą. Cysia nie. Martwi mnie to? Wcale! Marcysia jest uśmiechniętym, szczęśliwym dzieckiem, które rozwija się swoim tempem. Nie naciskamy na Nią, nie zmuszamy. Ma czas.
Nie rozumiem sadzania 4 miesięcznego malucha, albo rozszerzania diety 3 miesięcznemu. Dlaczego? Bo mama się nie może doczekać? Spokojnie na wszystko przyjdzie czas. Karmienie dziecka to jest tak delikatna sprawa, one mają delikatne żołądki. Ale o tym może w innym wpisie.
Należę do pewnej grupy na facebooku. I cyklicznie pojawiają się wpisy: "Co potrafi już wasz pół roczniak?"; "Ile powinien ważyć chłopiec 3 miesięczny?" Ja rozumiem, ciekawość, chęć dokształcenia. Ale komentarze przechodzą ludzkie pojęcie. Matki przekupują się co potrafi jej dziecko. A hitem jest Mama, która napisała, że jej syn odpowiada "tak" na jej różne pytania. Syn miał 4 miesiące? Może rzeczywiście czują się lepiej, że ich dziecko potrafi coś więcej niż inne. I Gratuluję. Z podziwem patrzę na 9 miesięczne maluchy spacerujące po ulicy. Ale wiem, że jeszcze zdążę się nabiegać za Marcysią i będę tęsknić za czasem kiedy to grzecznie siedziała na dywanie.
Przez pierwsze 4 miesiące życia Marceliny studiowałam wszystkie tabelki, artykuły o umiejętnościach dzieci. I denerwowałam się jak czegoś jeszcze nie umiała. A okazywało się, że umie! I to w najmniej oczekiwanym momencie. Po co to czytałam? Nocami zastanawiałam się, że może powinnam jej jakoś pomagać w rozwoju, a przecież ona sobie świetnie sama radziła. Bez niczyjej pomocy, zadziwiała Nas z dnia na dzień. Już nie czytam tych artykułów, tylko co dzień zachwycam się jej umiejętnościami. Każde dziecko jest inne, wyjątkowe. Nasze!
To że dziecko Twojej koleżanki już chodzi nie oznacza, że Twoje jest "opóźnione". Rozwija się swoim tempem. A Ty patrz i podziwiaj. Bo rozwój dziecka to coś wspaniałego.
Miłego dnia! :*
Całujemy z Panną M, która próbuje dorwać się do laptopa. :)
wtorek, 18 sierpnia 2015
Ojciec.
Kilka dni temu na blogu natrafiłam na świetny cytat: "Ojciec. Potrzebny dziecku po wszystko co głupie, nieodpowiedzialne, niebezpieczne, za słodkie i za wysokie". Ile w tym prawdy!
Rola ojca w życiu dziecka jest mi bardzo bliska. Mogę o tym wiele powiedzieć. Nie jest tajemnicą, że wychowywałam się bez ojca. Nie wstydzę się tego. Na szczęście mam wspaniałego Dziadka, który chociaż w jakimś procencie zastępował mi ojca. Choć wiadomo nie w pełni, przecież to Dziadek. Idąc przez życie co róż łapałam momenty kiedy to ten "Ojciec" był mi tak potrzebny, przysięgłam sobie jedno! Obiecałam sobie, że zrobię wszystko by moje dziecko miało najlepszego Ojca na świecie. Nie zdecyduję się powiększyć rodziny kiedy nie będę pewna, że to jest "On", ten właściwy Ojciec. Miałam cudowne dzieciństwo, nie mogę na nie narzekać. Zapewniono mi wszystko. Brakowało tylko Ojca. Co z tego, że dostawałam alimenty co miesiąc i miałam je dla siebie. Czasem myślałam, że wystarczyło by tylko jedno spotkanie. Ba! Czasem myślałam, że to ja powinnam się odezwać i wyciągnąć rękę. Jak dobrze, że tego nie zrobiłam! Z roku na rok tylko utwierdzałam się w moim postanowieniu. I stało się! 14 lutego 2011 roku spotkałam Go! W życiu nie spodziewałam się, że zostanie Ojcem moich dzieci. Ale stało się. To było najlepsze co jak na razie mogłam dać mojej Córce. Jego, Ojca... nie mogę nazywać "Ojcem". On jest Tatą! Tatą najlepszym na świecie! Zasługuje na takie miano. By być Tatą trzeba zasłużyć, trzeba być przy dziecku! Tu nie ważna jest zasobność portfela tylko czas poświęcony dziecku. Więź z dzieckiem tworzy się czasem wspólnie spędzonym a nie podarowanym prezentom.
Najpiękniejszy obraz dla matki? Kiedy wytęskniony Tatuś wraca do domu a Maluszek "biegnie" do drzwi i obdarza najpiękniejszym uśmiechem na świecie pokazując wszystkie swoje ząbki! Jak prawie podskakuje byleby tylko wziąć je na ręce. I wcale mi nie przeszkadza, że Tata najpierw się wita ze swoim Dzieckiem a dopiero potem ze swoją Żoną. Cieszę się, że mogę patrzeć na takie momenty. Ich momenty, nie muszę we wszystkim uczestniczyć. Marcysia ma dopiero 10 miesięcy i tak na prawdę nie wiem jak w przyszłości będzie wyglądała ich więź. Ale wiem i widzę, że Tata dba o tę więź już od 16.10, codziennie ją scala. Wiem, że w przyszłości będą dla siebie bardzo ważni. Cieszę, że będzie miała to czego ja nie miałam.
Wiem, że jestem im potrzebna. Ale czasem widzę, że potrzebują pobyć we dwoje. Wtedy ja mam czas dla siebie. Nawet na głupie pomalowanie paznokci. A piski i śmiechy z drugiego pokoju powodują tylko uśmiech na twarzy i ogromne ciepło w piersi. Zadowolenie. Dobrze wybrałam, wybrałam wspaniałego T A T Ę!
Różnie w życiu bywa. Może źle oceniam mężczyzn, ale na to wszystko ma wpływ moja przeszłość. Może to za ostre ale gardzę mężczyznami, którzy zostawili swoje dzieci. Wiem... nowa rodzina, nowy start. Po prostu wiem co czuje te "opuszczone" dziecko. Na to nie ma usprawiedliwienia. Nowa rodzina nie oznacza zapomnienia o innym dziecku. Żadne pieniądze nie zastąpią obecności! Takie są czasy, tego się nie zmieni... Ale jako dorośli pomyślmy czasem co myśli dziecko. Mówi się, że... załóżmy 7-latek nie odczuwa braku ojca. Dostanie raz w miesiącu super zabawkę i będzie zadowolone. Nie jest tak! Co mu da zabawka jak widzi w szkole, że jego kolegę/koleżankę odbiera Tata i idą na lody? To jest straszne!
Pamiętacie, że to są tylko moje przemyślenia. Nie zmienię nimi świata, choć bardzo bym chciała.
A matki samotnie wychowujące dziecko podziwiam i kłaniam się Nim aż do ziemi!
Może bym coś dopisała ale Marcysia się obudziła a ziemniaki czekają na obranie. Całujemy! :*
Rola ojca w życiu dziecka jest mi bardzo bliska. Mogę o tym wiele powiedzieć. Nie jest tajemnicą, że wychowywałam się bez ojca. Nie wstydzę się tego. Na szczęście mam wspaniałego Dziadka, który chociaż w jakimś procencie zastępował mi ojca. Choć wiadomo nie w pełni, przecież to Dziadek. Idąc przez życie co róż łapałam momenty kiedy to ten "Ojciec" był mi tak potrzebny, przysięgłam sobie jedno! Obiecałam sobie, że zrobię wszystko by moje dziecko miało najlepszego Ojca na świecie. Nie zdecyduję się powiększyć rodziny kiedy nie będę pewna, że to jest "On", ten właściwy Ojciec. Miałam cudowne dzieciństwo, nie mogę na nie narzekać. Zapewniono mi wszystko. Brakowało tylko Ojca. Co z tego, że dostawałam alimenty co miesiąc i miałam je dla siebie. Czasem myślałam, że wystarczyło by tylko jedno spotkanie. Ba! Czasem myślałam, że to ja powinnam się odezwać i wyciągnąć rękę. Jak dobrze, że tego nie zrobiłam! Z roku na rok tylko utwierdzałam się w moim postanowieniu. I stało się! 14 lutego 2011 roku spotkałam Go! W życiu nie spodziewałam się, że zostanie Ojcem moich dzieci. Ale stało się. To było najlepsze co jak na razie mogłam dać mojej Córce. Jego, Ojca... nie mogę nazywać "Ojcem". On jest Tatą! Tatą najlepszym na świecie! Zasługuje na takie miano. By być Tatą trzeba zasłużyć, trzeba być przy dziecku! Tu nie ważna jest zasobność portfela tylko czas poświęcony dziecku. Więź z dzieckiem tworzy się czasem wspólnie spędzonym a nie podarowanym prezentom.
Najpiękniejszy obraz dla matki? Kiedy wytęskniony Tatuś wraca do domu a Maluszek "biegnie" do drzwi i obdarza najpiękniejszym uśmiechem na świecie pokazując wszystkie swoje ząbki! Jak prawie podskakuje byleby tylko wziąć je na ręce. I wcale mi nie przeszkadza, że Tata najpierw się wita ze swoim Dzieckiem a dopiero potem ze swoją Żoną. Cieszę się, że mogę patrzeć na takie momenty. Ich momenty, nie muszę we wszystkim uczestniczyć. Marcysia ma dopiero 10 miesięcy i tak na prawdę nie wiem jak w przyszłości będzie wyglądała ich więź. Ale wiem i widzę, że Tata dba o tę więź już od 16.10, codziennie ją scala. Wiem, że w przyszłości będą dla siebie bardzo ważni. Cieszę, że będzie miała to czego ja nie miałam.
Wiem, że jestem im potrzebna. Ale czasem widzę, że potrzebują pobyć we dwoje. Wtedy ja mam czas dla siebie. Nawet na głupie pomalowanie paznokci. A piski i śmiechy z drugiego pokoju powodują tylko uśmiech na twarzy i ogromne ciepło w piersi. Zadowolenie. Dobrze wybrałam, wybrałam wspaniałego T A T Ę!
Różnie w życiu bywa. Może źle oceniam mężczyzn, ale na to wszystko ma wpływ moja przeszłość. Może to za ostre ale gardzę mężczyznami, którzy zostawili swoje dzieci. Wiem... nowa rodzina, nowy start. Po prostu wiem co czuje te "opuszczone" dziecko. Na to nie ma usprawiedliwienia. Nowa rodzina nie oznacza zapomnienia o innym dziecku. Żadne pieniądze nie zastąpią obecności! Takie są czasy, tego się nie zmieni... Ale jako dorośli pomyślmy czasem co myśli dziecko. Mówi się, że... załóżmy 7-latek nie odczuwa braku ojca. Dostanie raz w miesiącu super zabawkę i będzie zadowolone. Nie jest tak! Co mu da zabawka jak widzi w szkole, że jego kolegę/koleżankę odbiera Tata i idą na lody? To jest straszne!
Pamiętacie, że to są tylko moje przemyślenia. Nie zmienię nimi świata, choć bardzo bym chciała.
A matki samotnie wychowujące dziecko podziwiam i kłaniam się Nim aż do ziemi!
Może bym coś dopisała ale Marcysia się obudziła a ziemniaki czekają na obranie. Całujemy! :*
Start!
Powoli ogarniam blogspot'a. Mam nadzieję, że szybko to pójdzie bo jak na razie to wszystko czarna magia! Nazywam się Emilka, może znacie mnie z photobloga "dlaciebiee". Postanowiłam się tu przenieść. Jednak nie w 100%. Photoblog będzie taki "codzienny", a na blogspodzie będę pisała o tym co myślę. Może jakieś przepisy, porady? Ale przemyślenia przede wszystkim. W głowie mam mnóstwo pomysłów i oby na pomysłach się nie skończyło.
Skrawek o Nas? Jestem mamą przecudownej Marcelinki urodzonej 16.10.2014 r. oraz Żoną najlepszego mężczyzny, Bartka.
Zajmę się teraz trochę wyglądem bloga a Wy wypatrujcie nowego posta!
Pozdrawiam. :*
Skrawek o Nas? Jestem mamą przecudownej Marcelinki urodzonej 16.10.2014 r. oraz Żoną najlepszego mężczyzny, Bartka.
Zajmę się teraz trochę wyglądem bloga a Wy wypatrujcie nowego posta!
Pozdrawiam. :*
Subskrybuj:
Posty (Atom)