Witam Was serdecznie ze świeżutkim, jeszcze gorącym postem o... rodzeństwie.
Cysia lata po dywanie więc pewnie będę pisała ten post milion godzin bo będzie mi przeszkadzała. Cóż, moja Córka jest już taka dorosła, że nie potrzebuje drzemek. :)
Mam młodszą siostrę i młodszego brata. Brat jest ode mnie młodszy o pięć lat a siostra o dwanaście. Między Nami bywało różnie. Ale dopiero teraz dojrzeliśmy do siebie. Wiem jak bardzo są dla mnie ważni, jak puste byłoby moje życie bez nich. Są lepsze i gorsze chwile. Ale dopiero teraz doceniam fakt, że są. Z siostrą miałam lepsze stosunki, była taka malusia a ja uwielbiałam się nią zajmować, jak małą laleczką. Z bratem miałam mniej wspólnego. A teraz? Brat jest bardziej "życiowy" i mamy mnóstwo tematów do rozmów, a siostra zajmuje się moją "Laleczką", czyli Marcysią.
Temat rodzeństwa dla Marcysi przewija się u Nas co jakiś czas. Raz tak, raz nie. Czasem jestem pewna, że chcę a zaraz potem, że praktycznie wcale nie chcę. Szczerze? Najlepszy moment byłby teraz, dwa lata różnicy. Moim zdaniem idealnie. Ale. Właśnie zawsze jest jakieś ale. Ja pracuje, Mąż pracuje... to moja pierwsza praca z której jestem zadowolona. Nie chciałabym znów wszystkiego wywracać. Kolejne "ale", Cysia jest spełnieniem marzeń i w pełni wypełnia potrzebę rodzicielstwa. A! I przydałby się i jeszcze jeden pokój... Może później?
Ale tak na logikę. W wieku 3 lat Cysia pójdzie do przedszkola, stanie się bardziej "samodzielna" i co za tym idzie będziemy mieli poniekąd więcej swobody. I czy wtedy będziemy chcieli znów wrócić do pieluch? Rozum podpowiada mi, że nie. Ale serce... serce myśli o tym małym, bezbronnym ciałku, o pięknej ciąży i wspaniałych kopniaczkach. Z radością powtórzyłabym to wszytko od nowa. Głównym argumentem na "tak" jest właśnie Marcysia. Oboje z Mężem mamy rodzeństwo i wiemy jak bardzo jest potrzebne. Chcielibyśmy by i ona miała takiego kompana przez życie.
Przeczytałam gdzieś, że pierwsze dziecko wychowują rodzice a drugie rodzeństwo. Ile w tym prawdy? Czasem wydaje mi się, że jeszcze za wcześnie na takie decyzje... ale może za rok, dwa nasze myślenie zmieni się o 180 stopni. Może po prostu los zdecyduje za Nas? Chyba jestem za mało zorganizowana na dwójkę dzieci. Fakt jest taki, że na chwile obecną nie planujemy kolejnego dziecka, ale chcielibyśmy je mieć.
Rodzeństwo to świetna sprawa. Na prawdę.
Waszym zdaniem jaka różnica jest najlepsza?
A jeśli są tu mamy dwójki lub więcej dzieci to jak radzicie sobie ze zwykłymi czynnościami?
Rodzina. Tu zaczyna się życie a miłość się nigdy nie kończy.
piątek, 18 września 2015
poniedziałek, 7 września 2015
Wirtual.
Po pierwsze bardzo przepraszam za tak długą nieobecność ale praca i dom pochłania mi 24 h dnia. Ale już się biorę za kolejny wpis... o ile Marcysia się nie obudzi.
Dziś post poniekąd nie macierzyński. Ale tylko po części.
A! I pozdrawiam serdecznie moich sąsiadów... którzy zrobili sobie imprezkę na samym początku tygodnia. Słuchają głośno muzyki... dobrej muzyki i bujam się w rytm wygłuszonych przez ścianę hitów.
Zaczynam. Bloguję od kiedy pamiętam. Zawsze miałam kilka blogów o różnych tematach. Szkoda, że wygasły bo śmiesznie było by przeczytać co pisałam w wieku... 12 lat? Nawet jak czytam niektóre moje wpisy na photoblogu to chce mi się śmiać. Ale pamiątka to pamiątka! Uwielbiam wracać, czytać i wspominać.
Blogowałam sama dla siebie do czasu kiedy zaszłam w ciążę. W mgnieniu oka pojawiły się dziewczyny z całego kraju, które też były w ciąży. "Photoblogowe" Mamy trzymały się razem. Wspierały, doradzały... po prostu wysłuchały. Poznałam nawet dziewczyny, które miały termin porodu dzień przed, po moim. To było niesamowite. Dzięki Nim moja ciąża stała się jeszcze bardziej wyjątkowa. Delektowałam się każdym dniem, z ciekawością czytałam co u innych. Pytałam, doradzałam. Bez nich moja wyprawka byłaby zapewne przesadzona, wózek niepraktyczny a i wiedza byłaby uboższa.
Mój blog w czasie ciąży czytało kilka tysięcy osób. To wspaniałe uczucie wiedzieć, że tyle osób dobrze Nam życzy i też nie może doczekać się mojego Maluszka. Będąc na porodówce dostawałam wiadomości, sms... właśnie od dziewczyn z bloga. Martwiły się, wspierały i przede wszystkim dodawały odwagi. Wiedziałam, że tyle osób czeka, myśli o Nas.
Rodzina to jedno, przecież to najbliżsi. Ale obce osoby! Obce osoby dawały tyle od siebie.
A ze śmieszniejszych rzeczy. Z obserwowanych mam znam imię każdego Maluszka. Każdego. Pamiętam mniej więcej kiedy się urodził. Kiedyś przeglądam notki, a Mąż z zaciekawieniem patrzy na zdjęcia. I pyta ile ma miesięcy itp. A ja mówię, że to Ala a to Staś, Oliwier czy Nikola, urodził się wtedy i wtedy.
Wielka szkoda, że jesteśmy tak porozrzucane po Polsce. Bo z nie jedną z nich jestem związana mocniej niż z "realnymi" koleżankami. Niestety w moich okolicach nie ma żadnej mamy. A nie! Jest chyba w Sławnie. Gdyby zorganizować takie spotkanie! Pojechałybyśmy z Cysią nawet na drugi koniec Polski!
W chwili obecnej mniej piszemy na blogu. Ale doradzamy sobie, każda ma jakąś wiedzę. Nie raz czy dwa ich wiedza ratowała mi "tyłek". Kiedy już nie wiedziałam co robić. Ale większość tych mam mam w znajomych na facebooku co ułatwia komunikacje...
Z niektórymi problemami nie dzwoniłam do mamy czy babci. Od razu hop na bloga i wciągu 5 minut miałam sprawdzoną radę. Kiedy podejrzewałam, że jestem w ciąży od razu napisałam do Patrycji. Pierwsza z mam poznanych na blogu. Byłam zielona. Kazała zapisać się do lekarza, mówiła jakie zrobić badania. Niby banał. Ale ja ciągle miałam przed oczami dwie kreski a przecież pora się otrząsnąć i lecieć do lekarza! Poznałam ich tyle, że nie jestem teraz w stanie wymienić.
Przekonałam się, że czasem obcy ludzie z daleka stają bliżsi niż znajomi, których mam na wyciągnięcie ręki. Dziękuję każdej z osobna.
I jeszcze coś! Blogowa Mama z UK, Angela wysłała mi zamówione ubrania dla Marcysi i dołączyła kartkę z napisem, "kiedy dojdzie kartka Marcysia się już pewnie urodzi". Wysłała ją dużo wcześniej, wcześniej niż poszłam do szpitala. Ale! Listonosz przyniósł paczkę tego samego dnia którego urodziłam. Przypadek! Ale jaki wyjątkowy.
Całujemy! :*
Dziś post poniekąd nie macierzyński. Ale tylko po części.
A! I pozdrawiam serdecznie moich sąsiadów... którzy zrobili sobie imprezkę na samym początku tygodnia. Słuchają głośno muzyki... dobrej muzyki i bujam się w rytm wygłuszonych przez ścianę hitów.
Zaczynam. Bloguję od kiedy pamiętam. Zawsze miałam kilka blogów o różnych tematach. Szkoda, że wygasły bo śmiesznie było by przeczytać co pisałam w wieku... 12 lat? Nawet jak czytam niektóre moje wpisy na photoblogu to chce mi się śmiać. Ale pamiątka to pamiątka! Uwielbiam wracać, czytać i wspominać.
Blogowałam sama dla siebie do czasu kiedy zaszłam w ciążę. W mgnieniu oka pojawiły się dziewczyny z całego kraju, które też były w ciąży. "Photoblogowe" Mamy trzymały się razem. Wspierały, doradzały... po prostu wysłuchały. Poznałam nawet dziewczyny, które miały termin porodu dzień przed, po moim. To było niesamowite. Dzięki Nim moja ciąża stała się jeszcze bardziej wyjątkowa. Delektowałam się każdym dniem, z ciekawością czytałam co u innych. Pytałam, doradzałam. Bez nich moja wyprawka byłaby zapewne przesadzona, wózek niepraktyczny a i wiedza byłaby uboższa.
Mój blog w czasie ciąży czytało kilka tysięcy osób. To wspaniałe uczucie wiedzieć, że tyle osób dobrze Nam życzy i też nie może doczekać się mojego Maluszka. Będąc na porodówce dostawałam wiadomości, sms... właśnie od dziewczyn z bloga. Martwiły się, wspierały i przede wszystkim dodawały odwagi. Wiedziałam, że tyle osób czeka, myśli o Nas.
Rodzina to jedno, przecież to najbliżsi. Ale obce osoby! Obce osoby dawały tyle od siebie.
A ze śmieszniejszych rzeczy. Z obserwowanych mam znam imię każdego Maluszka. Każdego. Pamiętam mniej więcej kiedy się urodził. Kiedyś przeglądam notki, a Mąż z zaciekawieniem patrzy na zdjęcia. I pyta ile ma miesięcy itp. A ja mówię, że to Ala a to Staś, Oliwier czy Nikola, urodził się wtedy i wtedy.
Wielka szkoda, że jesteśmy tak porozrzucane po Polsce. Bo z nie jedną z nich jestem związana mocniej niż z "realnymi" koleżankami. Niestety w moich okolicach nie ma żadnej mamy. A nie! Jest chyba w Sławnie. Gdyby zorganizować takie spotkanie! Pojechałybyśmy z Cysią nawet na drugi koniec Polski!
W chwili obecnej mniej piszemy na blogu. Ale doradzamy sobie, każda ma jakąś wiedzę. Nie raz czy dwa ich wiedza ratowała mi "tyłek". Kiedy już nie wiedziałam co robić. Ale większość tych mam mam w znajomych na facebooku co ułatwia komunikacje...
Z niektórymi problemami nie dzwoniłam do mamy czy babci. Od razu hop na bloga i wciągu 5 minut miałam sprawdzoną radę. Kiedy podejrzewałam, że jestem w ciąży od razu napisałam do Patrycji. Pierwsza z mam poznanych na blogu. Byłam zielona. Kazała zapisać się do lekarza, mówiła jakie zrobić badania. Niby banał. Ale ja ciągle miałam przed oczami dwie kreski a przecież pora się otrząsnąć i lecieć do lekarza! Poznałam ich tyle, że nie jestem teraz w stanie wymienić.
Przekonałam się, że czasem obcy ludzie z daleka stają bliżsi niż znajomi, których mam na wyciągnięcie ręki. Dziękuję każdej z osobna.
I jeszcze coś! Blogowa Mama z UK, Angela wysłała mi zamówione ubrania dla Marcysi i dołączyła kartkę z napisem, "kiedy dojdzie kartka Marcysia się już pewnie urodzi". Wysłała ją dużo wcześniej, wcześniej niż poszłam do szpitala. Ale! Listonosz przyniósł paczkę tego samego dnia którego urodziłam. Przypadek! Ale jaki wyjątkowy.
Całujemy! :*
wtorek, 1 września 2015
Niezbędnik.
Dzisiaj trochę z innej beczki. Przedstawię to co przydało mi się z "Marcysiowej" wyprawki, a co okazało się całkiem zbędne. Przyda się to może przyszłym mamom a obecnym mamom w kwestii porównania. No to zaczynam.
Dla mamy
Koszule do karmienia - miałam dwie a przydałyby się i 4! Rodziłam w własnej koszuli, potem przebrałam się w zastępczą, która w pare godzin była mokra od kapiącego pokarmu. Te rozpinane są mega wygodne i praktyczne. Proponuję kupić 3 sztuki.
Podpaski poporodowe Bella - jak najbardziej na tak! Chłonne i wygodne.
Podkłady poporodowe - przydały się mnie tuż po porodzie a później w domu przy przewijaniu Małej.
Płyn do higieny intymnej "Biały Jeleń" - Dawał nawet trochę ulgi. Odświeżał, nie szczypał.
Mini kosmetyki - To wspaniałe rozwiązanie! Polecam Rossmanna, cała półka mini produktów.
Woda - przy porodzie nie piłam wcale! Ale po porodzie piłam ją litrami, co odwiedziny bliscy przynosili mi po dwie duże butle! Babcia gotowała mi kompot z czarnych porzeczek. Gasił pragnienie i trochę sycił.
Chusteczki odświeżające - polecam, polecam! Warto mieć.
Dla Maluszka
Śpiochy rozpinane wzdłuż - Żadne z boku, z tyłu, na dole! Wzdłuż to wielkie udogodnienie dla świeżej mamy! Mi w uratowały życie! Nie radziłam sobie z zakładaniem ciuszków przez głowę.
Pieluszki Dada - strzał w 10! Używamy do tej pory, Pampers uczulał.
W szpitalu dużo zapewniali dla Maluszka więc to tyle.
Jałowe gaziki - Używaliśmy dość długo. Do mycia buźki, okolic uszu.
Sól fizjologiczna - Polecam mieć w domu! Używaliśmy do oczek w przypadku dostania się tam mydła podczas kąpieli.
Cążki, nożyczki - Na początku używaliśmy nożyczek, ale paznokcie już co raz twardsze więc używamy cążek.
Szampon - Najpierw używaliśmy Bobini, a teraz Babydream. Jednak szczerze polecam ten pierwszy.
Mydełko - zwykłe Bambino.
Do ciała - Balsam Nivea.
Ochronnie - Przy odparzeniach i przeciw stosujemy Alantan i Sudocrem.
Chusteczki mokre - Wypróbowaliśmy mnóstwo! Ale trafiliśmy na idealne: różowe Babydream.
Proszek - używaliśmy Loveli a teraz Bobini. Oba świetne!
Wanienka - zwykła plastikowa, stawialiśmy na stole.
Bujaczek - Dzięki niemu mogłam zjeść spokojnie śniadanie. Używamy do dziś.
Łóżeczko - Jak dla mnie obowiązkowo musi być drewniane. Turystyczne mamy u Teściów i jest to dobre rozwiązanie tylko na kilka dni. Drewniane jest znacznie stabilniejsze.
Wkładki laktacyjne - W szpitalu paradowałam z pieluchami tetrowymi w koszuli więc szybko się zorientowałam jak wkładki są potrzebne.
Materac gryka-pianka-kokos - Opinie są różne, jednak u Nas sprawdza się wyśmienicie.
Termometr bezdotykowy - Przydał Nam się dopiero przy ząbkowaniu ale warto mieć.
Nasivin Soft - Na katarek najlepszy!
Syrop Paracetamol - Polecam! Szybko zbija temperaturę.
Żel Bobodent - Nie obędzie się bez niego! Pomaga przespać noc przy ząbkowaniu.
Nie piszę tu o pieluchach, szczoteczkach, wózku bo to logiczne więc pomijam i skupiam się na najważniejszych.
Butelki 150 ml - Nie używałam wcale, przydała się tylko ta jedna od laktatora.
Stanik do karmienia - Nie wygodny, bolały mnie piersi. Nosiłam zwykły, sportowy.
Śpiworek do spania - Zbędne. Mała spała w rożku.
Oliwka - Na początek polecam Emolium, potem już według uznania. U Nas od oliwki robiły się plamki na ciele.
Ręcznik z kapturkiem - Zbędne i nie wygodne. Używamy dużego, grubego ręcznika kąpielowego.
Termoopakowanie - Może ze względu na to, że karmię piersią.
Mata edukacyjna - Małej się nie podobało. Wolała leżeć na zwykłym kocyku lub rożku.
Wydaje mi się, że to wszystko. Jakby mi się coś przypomniała to edytuję wpis. Miłej nocy!
Do szpitala:
Dla mamyKoszule do karmienia - miałam dwie a przydałyby się i 4! Rodziłam w własnej koszuli, potem przebrałam się w zastępczą, która w pare godzin była mokra od kapiącego pokarmu. Te rozpinane są mega wygodne i praktyczne. Proponuję kupić 3 sztuki.
Podpaski poporodowe Bella - jak najbardziej na tak! Chłonne i wygodne.
Podkłady poporodowe - przydały się mnie tuż po porodzie a później w domu przy przewijaniu Małej.
Płyn do higieny intymnej "Biały Jeleń" - Dawał nawet trochę ulgi. Odświeżał, nie szczypał.
Mini kosmetyki - To wspaniałe rozwiązanie! Polecam Rossmanna, cała półka mini produktów.
Woda - przy porodzie nie piłam wcale! Ale po porodzie piłam ją litrami, co odwiedziny bliscy przynosili mi po dwie duże butle! Babcia gotowała mi kompot z czarnych porzeczek. Gasił pragnienie i trochę sycił.
Chusteczki odświeżające - polecam, polecam! Warto mieć.
Dla Maluszka
Śpiochy rozpinane wzdłuż - Żadne z boku, z tyłu, na dole! Wzdłuż to wielkie udogodnienie dla świeżej mamy! Mi w uratowały życie! Nie radziłam sobie z zakładaniem ciuszków przez głowę.
Pieluszki Dada - strzał w 10! Używamy do tej pory, Pampers uczulał.
W szpitalu dużo zapewniali dla Maluszka więc to tyle.
Kosmetyczne:
Octenisept - Standardowo. Polecały mi dziewczyny i położna na pierwszej wizycie. Używaliśmy do pępuszka, który odpadł 8 dni po porodzie.Jałowe gaziki - Używaliśmy dość długo. Do mycia buźki, okolic uszu.
Sól fizjologiczna - Polecam mieć w domu! Używaliśmy do oczek w przypadku dostania się tam mydła podczas kąpieli.
Cążki, nożyczki - Na początku używaliśmy nożyczek, ale paznokcie już co raz twardsze więc używamy cążek.
Szampon - Najpierw używaliśmy Bobini, a teraz Babydream. Jednak szczerze polecam ten pierwszy.
Mydełko - zwykłe Bambino.
Do ciała - Balsam Nivea.
Ochronnie - Przy odparzeniach i przeciw stosujemy Alantan i Sudocrem.
Chusteczki mokre - Wypróbowaliśmy mnóstwo! Ale trafiliśmy na idealne: różowe Babydream.
Karmienie:
Laktator ręczny Avent - Ratował mi życie wiele razy. Dobę po porodzie kiedy Mała nie umiała chwycić piersi i podczas wielu nawałów pokarmów. Polecam!Inne:
Rożek - Mega potrzebne! Osobiście mieliśmy 3. Przydał się w szpitalu jak i w domu. Później służył jako mata do ćwiczenia podnoszenia główkiProszek - używaliśmy Loveli a teraz Bobini. Oba świetne!
Wanienka - zwykła plastikowa, stawialiśmy na stole.
Bujaczek - Dzięki niemu mogłam zjeść spokojnie śniadanie. Używamy do dziś.
Łóżeczko - Jak dla mnie obowiązkowo musi być drewniane. Turystyczne mamy u Teściów i jest to dobre rozwiązanie tylko na kilka dni. Drewniane jest znacznie stabilniejsze.
Wkładki laktacyjne - W szpitalu paradowałam z pieluchami tetrowymi w koszuli więc szybko się zorientowałam jak wkładki są potrzebne.
Materac gryka-pianka-kokos - Opinie są różne, jednak u Nas sprawdza się wyśmienicie.
Termometr bezdotykowy - Przydał Nam się dopiero przy ząbkowaniu ale warto mieć.
Apteczne:
Czopki paracetamol - leżą nie ruszane, ale pielęgniarka po szczepieniu kazała się w nie zaopatrzyć.Nasivin Soft - Na katarek najlepszy!
Syrop Paracetamol - Polecam! Szybko zbija temperaturę.
Żel Bobodent - Nie obędzie się bez niego! Pomaga przespać noc przy ząbkowaniu.
Nie piszę tu o pieluchach, szczoteczkach, wózku bo to logiczne więc pomijam i skupiam się na najważniejszych.
Co się nie przydało:
Majtki jednorazowe Canpol - Nie wygodne, nie oddychające. Ginekolog zjechała mnie, że w ogóle je noszę. Kazała kupić siateczkowe, zwykłe z apteki.Butelki 150 ml - Nie używałam wcale, przydała się tylko ta jedna od laktatora.
Stanik do karmienia - Nie wygodny, bolały mnie piersi. Nosiłam zwykły, sportowy.
Śpiworek do spania - Zbędne. Mała spała w rożku.
Oliwka - Na początek polecam Emolium, potem już według uznania. U Nas od oliwki robiły się plamki na ciele.
Ręcznik z kapturkiem - Zbędne i nie wygodne. Używamy dużego, grubego ręcznika kąpielowego.
Termoopakowanie - Może ze względu na to, że karmię piersią.
Mata edukacyjna - Małej się nie podobało. Wolała leżeć na zwykłym kocyku lub rożku.
Wydaje mi się, że to wszystko. Jakby mi się coś przypomniała to edytuję wpis. Miłej nocy!
niedziela, 30 sierpnia 2015
Trudy.
Marcysia śpi, Mąż w pracy, w chwili ciszy... biorę się za posta dla Was.
Macierzyństwo nie jest cukierkowe, kolorowe z wiecznie uśmiechniętą i wypoczętą mamą w tle. Zgadzacie się z tym stwierdzeniem? Jeśli tak to chciałabym to zobaczyć na własne oczy. Przy końcówce ciąży na blogu pisałam, że chcę już urodzić i mieć Małą obok. Dostałam komentarz: "Wyśpij się póki możesz, potem nie będzie czasu". Ja odpisałam, że wyspałam się za wszystkie czasy i już więcej nie potrzebuję. Oj ja głupia. Mogłam spać ile wlezie! Pierwsza noc po porodzie przespana i to by było na tyle. Dokładnie od 10 miesięcy i 13 dni nie przespałam ŻADNEJ nocy w całości. Czasem myślę sobie, że jak Marcysia urośnie to trzasnę sobie 24 h spania! A co! Nie mówię tu nawet o pobudce na karmienie bo to nic strasznego... ale pobudka na 2-3 godziny zabawy to ciężka sprawa. Nawet jak się rozbudzę to walczę żeby nie zamknąć oka. Choć przyznaję się, że przy karmieniu piersią nie raz, nie dwa zdarzyło mi się przysnąć. Ale założę się, że nie tylko mi.
Dla mnie karmienie piersią przez długi czas nie było takie piękne... Mówili "przez karmienie piersią nawiążesz z dzieckiem niesamowitą więź". Dobra mi więź jak przy każdym karmieniu płakałam z bólu i krzyczałam w sobie. A! I jeszcze nawały pokarmu przy ponad 39 stopniach gorączki. Zostawić źle a ruszyć jeszcze gorzej. Pamiętam jak pół nocy siedziałam w kuchni z laktatorem, który nie raz uratował mi życie. Potem karmienie rzeczywiście stało się piękne i miałyśmy tę więź. Aż to czasu... pojawienia się ząbków. Uwielbiam karmić ale te małe perełeczki są ostre jak zęby piranii.
Sama twierdzę, że uśmiech dziecka wynagradza wiele. Ale czasami człowiek na prawdę jest zmęczony. Wewnątrz jest szczęśliwy widząc uśmiech dziecka ale po prostu nie ma siły tego pokazać.
Kiedy Marcysia rano się obudzi czasem mam ochotę zakryć głowę kołdrą i iść dalej spać. Ja nie wiem skąd ona ma siłę gdy zasypia o 3 w nocy a o 5 jest już gotowa na nowy dzień i zabawy. Czasem i nawet mocna kawa z rana nie pomaga...
Nie zapominajmy o ząbkowaniu. Zazdroszczę mamom, których maluszki przechodzą ten okres bezobjawowo. U Nas to ciągłe marudzenie, budzenie co 40 minut, katar, brak apetytu. Chce się jakoś pomóc dziecku, ale nie może... Ta bezsilność jest straszna. A przebicie się ząbka to ulga i dla dziecka i dla mamy. Wiem, że nie które Maluszki mają gorzej. Chylę czoła dla ich mam!
U Nas aktualnie jest okres ogromnego wymuszania. Ledwo dokończę mówić: "nie wolno" a Marcysia już płacze. Wyłączę tv to idzie do mnie i płacze, zabieram coś... płacze. Staram się być twarda bo to już jest WYCHOWANIE. A chcemy Ją wychować najlepiej jak potrafimy.
Nie widzę macierzyństwa w ciemnych barwach. Broń Boże! Jest piękne, ale ciągnie za sobą inne rzeczy. Do tego trzeba dojrzeć. W niektórych przypadkach wczesne macierzyństwo jest na prawdę złe. Głośno mówi się tylko o tych dobrych aspektach a powinno się mówić też o tej szarej rzeczywistości. Ja nie przypominam sobie by mówiono o macierzyństwie w szkole tak jak wygląda teraz. Pamiętam same pozytywy. Nie mówiono o nieprzespanych nocach i innych rzeczach. A powinno!
Podsumowując. Macierzyństwo jest piękne. Cieszmy się z tych dobrych chwil. Ale jako mamy przyznajmy głośno, że czasem bywa ciężko. To nie wstyd! Powiedzmy jak chcemy odpocząć, zrelaksować się. Przyznajmy, że Nam ciężko. Macierzyństwo to nie urlop, to ciężka praca. Tylko wynagrodzenie nie jest warte, żadnych pieniędzy. Spięta mama to spięte dziecko. Spokojna mama... to spokojne dziecko? Oj nie zawsze. :P
Miłej nocy!
Macierzyństwo nie jest cukierkowe, kolorowe z wiecznie uśmiechniętą i wypoczętą mamą w tle. Zgadzacie się z tym stwierdzeniem? Jeśli tak to chciałabym to zobaczyć na własne oczy. Przy końcówce ciąży na blogu pisałam, że chcę już urodzić i mieć Małą obok. Dostałam komentarz: "Wyśpij się póki możesz, potem nie będzie czasu". Ja odpisałam, że wyspałam się za wszystkie czasy i już więcej nie potrzebuję. Oj ja głupia. Mogłam spać ile wlezie! Pierwsza noc po porodzie przespana i to by było na tyle. Dokładnie od 10 miesięcy i 13 dni nie przespałam ŻADNEJ nocy w całości. Czasem myślę sobie, że jak Marcysia urośnie to trzasnę sobie 24 h spania! A co! Nie mówię tu nawet o pobudce na karmienie bo to nic strasznego... ale pobudka na 2-3 godziny zabawy to ciężka sprawa. Nawet jak się rozbudzę to walczę żeby nie zamknąć oka. Choć przyznaję się, że przy karmieniu piersią nie raz, nie dwa zdarzyło mi się przysnąć. Ale założę się, że nie tylko mi.
Dla mnie karmienie piersią przez długi czas nie było takie piękne... Mówili "przez karmienie piersią nawiążesz z dzieckiem niesamowitą więź". Dobra mi więź jak przy każdym karmieniu płakałam z bólu i krzyczałam w sobie. A! I jeszcze nawały pokarmu przy ponad 39 stopniach gorączki. Zostawić źle a ruszyć jeszcze gorzej. Pamiętam jak pół nocy siedziałam w kuchni z laktatorem, który nie raz uratował mi życie. Potem karmienie rzeczywiście stało się piękne i miałyśmy tę więź. Aż to czasu... pojawienia się ząbków. Uwielbiam karmić ale te małe perełeczki są ostre jak zęby piranii.
Sama twierdzę, że uśmiech dziecka wynagradza wiele. Ale czasami człowiek na prawdę jest zmęczony. Wewnątrz jest szczęśliwy widząc uśmiech dziecka ale po prostu nie ma siły tego pokazać.
Kiedy Marcysia rano się obudzi czasem mam ochotę zakryć głowę kołdrą i iść dalej spać. Ja nie wiem skąd ona ma siłę gdy zasypia o 3 w nocy a o 5 jest już gotowa na nowy dzień i zabawy. Czasem i nawet mocna kawa z rana nie pomaga...
Nie zapominajmy o ząbkowaniu. Zazdroszczę mamom, których maluszki przechodzą ten okres bezobjawowo. U Nas to ciągłe marudzenie, budzenie co 40 minut, katar, brak apetytu. Chce się jakoś pomóc dziecku, ale nie może... Ta bezsilność jest straszna. A przebicie się ząbka to ulga i dla dziecka i dla mamy. Wiem, że nie które Maluszki mają gorzej. Chylę czoła dla ich mam!
U Nas aktualnie jest okres ogromnego wymuszania. Ledwo dokończę mówić: "nie wolno" a Marcysia już płacze. Wyłączę tv to idzie do mnie i płacze, zabieram coś... płacze. Staram się być twarda bo to już jest WYCHOWANIE. A chcemy Ją wychować najlepiej jak potrafimy.
Nie widzę macierzyństwa w ciemnych barwach. Broń Boże! Jest piękne, ale ciągnie za sobą inne rzeczy. Do tego trzeba dojrzeć. W niektórych przypadkach wczesne macierzyństwo jest na prawdę złe. Głośno mówi się tylko o tych dobrych aspektach a powinno się mówić też o tej szarej rzeczywistości. Ja nie przypominam sobie by mówiono o macierzyństwie w szkole tak jak wygląda teraz. Pamiętam same pozytywy. Nie mówiono o nieprzespanych nocach i innych rzeczach. A powinno!
Podsumowując. Macierzyństwo jest piękne. Cieszmy się z tych dobrych chwil. Ale jako mamy przyznajmy głośno, że czasem bywa ciężko. To nie wstyd! Powiedzmy jak chcemy odpocząć, zrelaksować się. Przyznajmy, że Nam ciężko. Macierzyństwo to nie urlop, to ciężka praca. Tylko wynagrodzenie nie jest warte, żadnych pieniędzy. Spięta mama to spięte dziecko. Spokojna mama... to spokojne dziecko? Oj nie zawsze. :P
Miłej nocy!
czwartek, 27 sierpnia 2015
Instynkt.
Widzę, że zaglądacie tu nawet jak nie ma notki. Bardzo mi miło i dziękuję. Zmieniłam ustawienia komentarzy bo wcześniej anonimowe osoby nie mogły komentować. Teraz już wszystko działa sprawnie.
Wiem, że posty jak na razie są same "mamowe" ale na pewno będą tu wpisy też nie tylko związane z dziećmi i macierzyństwem.
Dziś co nie co o instynkcie. Jako nastolatka lubiłam małe dzieci. Ich zapach, dotyk, obecność. Uśmiechałam się do maluszków mijanych na ulicy, z ciekawością zaglądałam do wózka. Z czasem kiedy to moje rówieśniczki zachodziły w ciążę trochę im zazdrościłam. Ale nie myślałam o obowiązkach tylko o posiadaniu takiego cuda. Ale przecież miałam czas.
Przyszła pora na mnie. Zaszłam w ciążę. Tuż przy końcówce naszły mnie obawy. Przecież ja nawet nie potrafię przewinąć noworodka, nie wiem jak je wziąć na ręce, jak kąpać czy ubierać. Wszyscy powtarzali, że to się "samemu" wie. Że ta cała wiedza "spływa" tuż po porodzie. I tak się stało! Po pierwszych wspólnych sekundach wiedziałam co robić, jak dać jej bezpieczeństwo. Nie potrafiłabym jej skrzywdzić, nawet przewijanie było proste. Nic w tym trudnego. Przy ubieraniu miałam problem, bałam się trochę ale kilka razy przebieranek i szybko doszłam do wprawy.
Z powodu zarażenia się bakterią Marcysia trafiła na jedną dobę na patologię noworodków. Tu przekonałam się jak instynkt kobiety jest silny. Spędziłam całą noc przy Cysi, w pokoju było 5 maluszków. W tym dwoje wcześniaczków, takich malusich. Marcysia śpi a obok płacze maluszek. Co robić? Serce nie pozwala siedzieć i czekać aż przyjdzie pielęgniarka. Więc bujam, głaszczę, nawet przewijam. Kiedy ja poszłam się zdrzemnąć to koleżanka buja Marcysie, kiedy ona ja bujam jej synka. Nie ważne czyje to dziecko, ważne żeby spało spokojnie. Gdy Marcysia płakała dzwonili do mnie a ja biegłam z pokoju prawie gubiąc nogi. Miała dopiero 2 dni a ja już wszystko bym jej oddała, całą siebie. Wszystko byleby jej nic nie brakowało. Pielęgniarki - złote kobiety. To piękne, że można mieć tyle miłości do nie swojego dziecka. Kiedy ja w nocy karmiłam Marcysie, pielęgniarka nosiła Maluszki i nuciła im, opowiadała. To wspaniałe.
Myślę, że każda kobieta ma instynkt macierzyński, który pojawi się wcześniej czy później. Choćby wcześniej nawet na oczy noworodka nie widziała to i tak będzie wiedziała co ma robić. Taka natura kobiety.
Oho! Miałam coś więcej dopisać. Ale ktoś się tu budzi z pierwszej drzemki. Lecimy na spacer. Całujemy!
Wiem, że posty jak na razie są same "mamowe" ale na pewno będą tu wpisy też nie tylko związane z dziećmi i macierzyństwem.
Dziś co nie co o instynkcie. Jako nastolatka lubiłam małe dzieci. Ich zapach, dotyk, obecność. Uśmiechałam się do maluszków mijanych na ulicy, z ciekawością zaglądałam do wózka. Z czasem kiedy to moje rówieśniczki zachodziły w ciążę trochę im zazdrościłam. Ale nie myślałam o obowiązkach tylko o posiadaniu takiego cuda. Ale przecież miałam czas.
Przyszła pora na mnie. Zaszłam w ciążę. Tuż przy końcówce naszły mnie obawy. Przecież ja nawet nie potrafię przewinąć noworodka, nie wiem jak je wziąć na ręce, jak kąpać czy ubierać. Wszyscy powtarzali, że to się "samemu" wie. Że ta cała wiedza "spływa" tuż po porodzie. I tak się stało! Po pierwszych wspólnych sekundach wiedziałam co robić, jak dać jej bezpieczeństwo. Nie potrafiłabym jej skrzywdzić, nawet przewijanie było proste. Nic w tym trudnego. Przy ubieraniu miałam problem, bałam się trochę ale kilka razy przebieranek i szybko doszłam do wprawy.
Z powodu zarażenia się bakterią Marcysia trafiła na jedną dobę na patologię noworodków. Tu przekonałam się jak instynkt kobiety jest silny. Spędziłam całą noc przy Cysi, w pokoju było 5 maluszków. W tym dwoje wcześniaczków, takich malusich. Marcysia śpi a obok płacze maluszek. Co robić? Serce nie pozwala siedzieć i czekać aż przyjdzie pielęgniarka. Więc bujam, głaszczę, nawet przewijam. Kiedy ja poszłam się zdrzemnąć to koleżanka buja Marcysie, kiedy ona ja bujam jej synka. Nie ważne czyje to dziecko, ważne żeby spało spokojnie. Gdy Marcysia płakała dzwonili do mnie a ja biegłam z pokoju prawie gubiąc nogi. Miała dopiero 2 dni a ja już wszystko bym jej oddała, całą siebie. Wszystko byleby jej nic nie brakowało. Pielęgniarki - złote kobiety. To piękne, że można mieć tyle miłości do nie swojego dziecka. Kiedy ja w nocy karmiłam Marcysie, pielęgniarka nosiła Maluszki i nuciła im, opowiadała. To wspaniałe.
Myślę, że każda kobieta ma instynkt macierzyński, który pojawi się wcześniej czy później. Choćby wcześniej nawet na oczy noworodka nie widziała to i tak będzie wiedziała co ma robić. Taka natura kobiety.
Oho! Miałam coś więcej dopisać. Ale ktoś się tu budzi z pierwszej drzemki. Lecimy na spacer. Całujemy!
wtorek, 25 sierpnia 2015
Być kobietą.
Szczerze mówiąc po porodzie zatraciłam część swojej kobiecości. W czasie ciąży nie ubierałam się luźno, uwielbiałam eksponować mój brzuszek. Byłam z niego dumna. A po porodzie? Same wiecie jak przez pierwsze tygodnie ten brzuch wygląda. Na sali poporodowej jak zobaczyłam mój brzuch byłam w szoku! No wiedziałam, że nie będzie płaski ale nie spodziewałam się takiego widoku. To było straszne! No ale fakt faktem, że po kilku tygodniach macica wróciła do pierwotnej wielkości i brzuch poniekąd też.
Po powrocie do domu nie miałam w głowie codziennego makijażu czy prostowania włosów. Ważne było by ubrać koszulkę w której łatwo będzie mi karmić. Taki priorytet matki karmiącej. A! I bluzka oczywiście nie za ładna, żeby nie było żal jak dziecku się uleje.
Po połogu poszłam na wizytę do ginekologa. Położna mnie zważyła. Waga mnie ośmieliła, pan doktor pochwalił, że szybko gubię te kilogramy. Podbudowana wróciłam do domu. Wyciągnęłam jeansy z przed ciąży... weszłam! Ba! Nawet się zapięłam. Mąż został z Małą w domu a ja pojechałam na zakupy. Powoli zaczęłam wracać do dawnej siebie... Wiecie, jak kobieta czuje się ładnie to i jest szczęśliwa. A komplementy męża tylko nakręcały mnie do dbania o siebie.
Paznokci nie mam zrobionych. Mam pomalowane swoje naturalne. Osobiście nie wiem jak przy takim maluszku można mieć tipsy. Ale jak kto woli. Ja bym się bała, że dziecko zadrapie albo zrobię inną krzywdę. Włosy farbuję tylko jak ktoś zajmie się Cysią. Siedzę całą godzinę w łazience byleby nie wdychała tego smrodu farby. Maluję się codziennie, choć zrezygnowałam z ciężkich podkładów czy fluidów na rzecz kremów CC. Zazwyczaj stoję przed lustrem z Małą przylepką przy nodze, która też przygląda się w lustrze. Gdybyśmy mieli wannę pewnie i korzystałabym z długich, relaksujących kąpieli w olejkach. Ale mamy prysznic, więc pozostaje 10 minut pod prysznicem... bo 5 minut to przecież trzymam samą odżywkę.
Wracając do włosów. Po porodzie tak wypadały, że prawie byłam łysa. Garściami, wszędzie je gubiłam. Wszędzie je widziałam. Non stop chodziłam w koku a one i tak leżały na dywanie. Odżywki, wcierki, olejki... nie pomagały. Ścięłam do ramion. Trochę pomogło. Jestem 10 miesięcy po porodzie a one nadal wypadają. Nie tak bardzo... ale przy rozczesywaniu lecą. Mam ich połowę mniej niż przed ciążą.
W ciąży przytyłam jakieś 15 kg. Obecnie mam 6 kg mniej niż przed ciążą. Chciałabym zgubić jeszcze kolejne 6 ale ciężko idzie. Może kiedyś się w końcu uda.
Jestem mamą 24/7 ale jestem też kobietą. I staram się tej kobiety nie zgubić. Cieszę się, że w porę "wzięłam się" za siebie i wróciłam do "żywych". Nie chcielibyście mnie zobaczyć miesiąc po porodzie. Dobrze, że nie mam żadnych zdjęć z tego okresu. Ważne, że odnalazłam siebie i w końcu dobrze się czuję w swoim ciele.
Całuję!
Po powrocie do domu nie miałam w głowie codziennego makijażu czy prostowania włosów. Ważne było by ubrać koszulkę w której łatwo będzie mi karmić. Taki priorytet matki karmiącej. A! I bluzka oczywiście nie za ładna, żeby nie było żal jak dziecku się uleje.
Po połogu poszłam na wizytę do ginekologa. Położna mnie zważyła. Waga mnie ośmieliła, pan doktor pochwalił, że szybko gubię te kilogramy. Podbudowana wróciłam do domu. Wyciągnęłam jeansy z przed ciąży... weszłam! Ba! Nawet się zapięłam. Mąż został z Małą w domu a ja pojechałam na zakupy. Powoli zaczęłam wracać do dawnej siebie... Wiecie, jak kobieta czuje się ładnie to i jest szczęśliwa. A komplementy męża tylko nakręcały mnie do dbania o siebie.
Paznokci nie mam zrobionych. Mam pomalowane swoje naturalne. Osobiście nie wiem jak przy takim maluszku można mieć tipsy. Ale jak kto woli. Ja bym się bała, że dziecko zadrapie albo zrobię inną krzywdę. Włosy farbuję tylko jak ktoś zajmie się Cysią. Siedzę całą godzinę w łazience byleby nie wdychała tego smrodu farby. Maluję się codziennie, choć zrezygnowałam z ciężkich podkładów czy fluidów na rzecz kremów CC. Zazwyczaj stoję przed lustrem z Małą przylepką przy nodze, która też przygląda się w lustrze. Gdybyśmy mieli wannę pewnie i korzystałabym z długich, relaksujących kąpieli w olejkach. Ale mamy prysznic, więc pozostaje 10 minut pod prysznicem... bo 5 minut to przecież trzymam samą odżywkę.
Wracając do włosów. Po porodzie tak wypadały, że prawie byłam łysa. Garściami, wszędzie je gubiłam. Wszędzie je widziałam. Non stop chodziłam w koku a one i tak leżały na dywanie. Odżywki, wcierki, olejki... nie pomagały. Ścięłam do ramion. Trochę pomogło. Jestem 10 miesięcy po porodzie a one nadal wypadają. Nie tak bardzo... ale przy rozczesywaniu lecą. Mam ich połowę mniej niż przed ciążą.
W ciąży przytyłam jakieś 15 kg. Obecnie mam 6 kg mniej niż przed ciążą. Chciałabym zgubić jeszcze kolejne 6 ale ciężko idzie. Może kiedyś się w końcu uda.
Jestem mamą 24/7 ale jestem też kobietą. I staram się tej kobiety nie zgubić. Cieszę się, że w porę "wzięłam się" za siebie i wróciłam do "żywych". Nie chcielibyście mnie zobaczyć miesiąc po porodzie. Dobrze, że nie mam żadnych zdjęć z tego okresu. Ważne, że odnalazłam siebie i w końcu dobrze się czuję w swoim ciele.
Całuję!
niedziela, 23 sierpnia 2015
Wyrzeczenia.
Od razu mówię, że nie chcę tu pozować na idealną matką bo wcale taką nie jestem. Nie uważam się za najlepszą, daleko mi do takiej. Choć może kiedyś usłyszę od Marcysi, że jestem dobrą mamą. Będę się starała.
Na Nasz Mały cud troszkę czekaliśmy, wiedziałam co mnie czeka, na co się piszemy. Choć nawet jak bardzo byśmy się tego spodziewali to dwie kreski na teście były niespodzianką.
Najpierw wyczekiwana wizyta u lekarza. Rozmowa z położną, co jeść, czego nie, co robić, czego nie. Przed ciążą mówiłam sobie, że będę jadła sałatę bo przecież tak ważny jest kwas foliowy! Rybę dwa razy w tygodniu. Tylko ciemne pieczywo, mnóstwo owoców i warzyw. Mówiłam żadnych fast foodów, napojów gazowanych i słodyczy! A jak wyszło? Pachniało mi McDonaldsem z kilometrów! Wcinałam majonez z solą i wyjadałam ćwikłę łyżeczką a potem zagryzałam całą! puszką z brzoskwiniami na koniec popijając sok prosto z tej puszki. Na mięso patrzeć nie mogłam, lodówka śmierdziała ale przecież na śniadanie można zjeść pół czekolady! Waga stała w miejscu, pewnie przez codzienne poranki u porcelanowej damy. Na szczęście zachcianki w porę minęły! Dbałam o Nasze zdrówka. Codziennie odwiedzałam znajomy warzywniak i wracałam z reklamówką owoców i warzyw. Robiłam kompoty, sałatki i owocowe i obowiązkowo do obiadu była porcja warzyw. No i tak minęła ciąża.
Urodziłam. Wyrzekliśmy się snu. Marcysia spała w dzień, w noc nie. A my na zmianę bujaliśmy, karmiliśmy, przewijaliśmy. W końcu pierwsze dziecko... tak do końca nie wiedzieliśmy co mamy robić. Karmiłam piersią więc o jakiś wyjściach nie było mowy. Fakt faktem, że nawet nie mieliśmy siły. Tak mijały miesiące, po pół roku mieliśmy już wszystko na tip top! Cały dzień rozplanowany, drzemki ustalone, wiedzieliśmy kiedy mamy czas dla siebie. Marcysia co raz mniej "korzystała" z piersi więc i ja miałam więcej czasu wolnego. No i pojawiły się pytania i propozycje. "Może ja zostanę z Małą a Wy sobie pójdziecie do kina albo gdzieś?" Skłamałabym gdybym powiedziała, że czasami nie miałam na to ochoty. Ale wieczorem usiedliśmy sobie z Bartkiem. Rozmawialiśmy. Czy jest sens, czy warto wyjść. Stwierdziliśmy, że jakbyśmy wyszli to i tak myślami bylibyśmy w domu, ciągle przy telefonie. Zero odprężenia tylko niepotrzebny stres. Marcysia zasypia o 20 i mamy czas dla siebie. Na film, kolacje... czy na rozmowę. Mała podrośnie, to jeszcze zdążymy się "pobawić", aż tacy starzy jeszcze nie jesteśmy.
Wchodzę na facebooka i widzę posty/zdjęcia innych mam z imprez/domówek. W żadnym wypadku ich nie oceniam! Ale zamiast rano odsypiać imprezowy wieczór wolę spędzić cudowny poranek we trójkę na wspólnym wylegiwaniu się w łóżku. Jestem nudna? Trudno, takie mam wartości. Całe życie marzyłam o takiej rodzinie! Nie zamierzam rezygnować z takich dni. Może im zazdroszczę? Nie... Bo mam możliwość! Mamy możliwość wyjść ale ta "możliwość" może poczekać. Wyjścia nie uciekną. W sumie nigdy nie byłam imprezowa, byliśmy bardziej "kinowi".
Oboje pracujemy, ja znacznie mniej niż Bartek. I szczerze? Ten wolny czas wolę spędzić w mężowych ramionach na kanapie oglądając nawet nudny film.
Macierzyństwo to wyrzeczenia. Ale za tymi wyrzeczeniami są takie momenty, które warte są wszystkiego! Zapominam o tym, że siedzę w domu kiedy to inni się bawią. Dla mnie ten uśmiech z czterema zębami [prawie sześcioma] jest najcenniejszy! W domu mam dwa skarby. Po co wychodzić po inne?
Na Nasz Mały cud troszkę czekaliśmy, wiedziałam co mnie czeka, na co się piszemy. Choć nawet jak bardzo byśmy się tego spodziewali to dwie kreski na teście były niespodzianką.
Najpierw wyczekiwana wizyta u lekarza. Rozmowa z położną, co jeść, czego nie, co robić, czego nie. Przed ciążą mówiłam sobie, że będę jadła sałatę bo przecież tak ważny jest kwas foliowy! Rybę dwa razy w tygodniu. Tylko ciemne pieczywo, mnóstwo owoców i warzyw. Mówiłam żadnych fast foodów, napojów gazowanych i słodyczy! A jak wyszło? Pachniało mi McDonaldsem z kilometrów! Wcinałam majonez z solą i wyjadałam ćwikłę łyżeczką a potem zagryzałam całą! puszką z brzoskwiniami na koniec popijając sok prosto z tej puszki. Na mięso patrzeć nie mogłam, lodówka śmierdziała ale przecież na śniadanie można zjeść pół czekolady! Waga stała w miejscu, pewnie przez codzienne poranki u porcelanowej damy. Na szczęście zachcianki w porę minęły! Dbałam o Nasze zdrówka. Codziennie odwiedzałam znajomy warzywniak i wracałam z reklamówką owoców i warzyw. Robiłam kompoty, sałatki i owocowe i obowiązkowo do obiadu była porcja warzyw. No i tak minęła ciąża.
Urodziłam. Wyrzekliśmy się snu. Marcysia spała w dzień, w noc nie. A my na zmianę bujaliśmy, karmiliśmy, przewijaliśmy. W końcu pierwsze dziecko... tak do końca nie wiedzieliśmy co mamy robić. Karmiłam piersią więc o jakiś wyjściach nie było mowy. Fakt faktem, że nawet nie mieliśmy siły. Tak mijały miesiące, po pół roku mieliśmy już wszystko na tip top! Cały dzień rozplanowany, drzemki ustalone, wiedzieliśmy kiedy mamy czas dla siebie. Marcysia co raz mniej "korzystała" z piersi więc i ja miałam więcej czasu wolnego. No i pojawiły się pytania i propozycje. "Może ja zostanę z Małą a Wy sobie pójdziecie do kina albo gdzieś?" Skłamałabym gdybym powiedziała, że czasami nie miałam na to ochoty. Ale wieczorem usiedliśmy sobie z Bartkiem. Rozmawialiśmy. Czy jest sens, czy warto wyjść. Stwierdziliśmy, że jakbyśmy wyszli to i tak myślami bylibyśmy w domu, ciągle przy telefonie. Zero odprężenia tylko niepotrzebny stres. Marcysia zasypia o 20 i mamy czas dla siebie. Na film, kolacje... czy na rozmowę. Mała podrośnie, to jeszcze zdążymy się "pobawić", aż tacy starzy jeszcze nie jesteśmy.
Wchodzę na facebooka i widzę posty/zdjęcia innych mam z imprez/domówek. W żadnym wypadku ich nie oceniam! Ale zamiast rano odsypiać imprezowy wieczór wolę spędzić cudowny poranek we trójkę na wspólnym wylegiwaniu się w łóżku. Jestem nudna? Trudno, takie mam wartości. Całe życie marzyłam o takiej rodzinie! Nie zamierzam rezygnować z takich dni. Może im zazdroszczę? Nie... Bo mam możliwość! Mamy możliwość wyjść ale ta "możliwość" może poczekać. Wyjścia nie uciekną. W sumie nigdy nie byłam imprezowa, byliśmy bardziej "kinowi".
Oboje pracujemy, ja znacznie mniej niż Bartek. I szczerze? Ten wolny czas wolę spędzić w mężowych ramionach na kanapie oglądając nawet nudny film.
Macierzyństwo to wyrzeczenia. Ale za tymi wyrzeczeniami są takie momenty, które warte są wszystkiego! Zapominam o tym, że siedzę w domu kiedy to inni się bawią. Dla mnie ten uśmiech z czterema zębami [prawie sześcioma] jest najcenniejszy! W domu mam dwa skarby. Po co wychodzić po inne?
Subskrybuj:
Posty (Atom)