Dzisiejszy post poniekąd jest ciut związany z poprzednim.
Moja ciąża trwała dokładnie 9 miesięcy i 10 dni. Z tego czasu spokojnie cieszyłam się ciążą może jakieś 7 miesięcy. Potem było kompletowanie wyprawki. Dla niektórych mam to za pewne przyjemność, ale ja w tym czasie nie miałam już siły. Wszyscy w koło mówili, żeby za wcześnie nie kompletować wyprawki a ja głupia się posłuchałam. Jak przyszło co do czego to praktycznie wszystko zamawiałam przez internet bo po prostu nie miałam siły chodzić. A była to końcówka gorącego sierpnia.
Ciąża donoszona. Skończony 37 tydzień. Ciągłe telefony, pytania, "porady". Nawet nie odbierałam telefonu. Ale zza ściany słyszałam jak babcia tłumaczyła, że jeszcze nic się nie dzieje. "Musisz więcej chodzić a Ty tylko siedzisz". No kurczę! Upał 30 stopni, brzuch zasłaniał mi świat, 3 i pół kilowe ciałko naciskało mi na pęcherz a ja mam latać na spacerki. Prawie płakałam z bezsilności.
Nadszedł 6 październik, termin porodu. Cisza. Wtedy to już drażniło mnie dosłownie wszystko! Wewnątrz czułam... nawet byłam pewna, że skończy się na wywoływaniu. Chciałam tylko wytrzymać te 7 dni i stawić się w szpitalu. Starałam się mijać mimo uszu te docinki, teksty.
Leżąc w szpitalu chciałam urodzić. Nie ważne czy siłami natury czy cesarskim cięciem. Byleby mieć Marcysię obok siebie. 16 października o 7:57 urodziłam zdrową dziewczynkę.
Tak, urodziłam siłami natury. Ale nie rozumiem tego ataku na kobiety rodzące [no bo przecież to jakiś rodzaj porodu] po przez cesarskie cięcie. Wydały na świat dziecko? Wydały! Czy są gorsze? W żadnym wypadku! Tu decyduje dobro dziecko a nie widzi mi się matki. Każda z Nas nosiła malucha pod piersią przez 9 miesięcy. I co ma tu do rzeczy poród? Dziecko zdrowe i to jest najważniejsze.
Kolejna sprawa. Bardzo bolesna i frustrująca dla mnie. Karmienie piersią. W moim szpitalu nie było mowy by nie karmić piersią. Ja chciałam, choć nie radziłam sobie z karmieniem wcale. Do sali wchodziła pielęgniarka, patrzyła czy karmimy. A jak ją wołałam, że mnie boli, że Mała źle łapie to owszem poprawiła ale nic więcej. Wyłam z bólu. W nocy Mała płakała, nie umiałam jej przystawić. Wzywałam pielęgniarkę kilka razy, przyszła i łaskawie dała mi mm. Mała się najadła a ja mogłam trochę odespać poród. W szpitalu byłyśmy 5 dni, z czego jakieś 4 razy Marcysia dostała mm, resztę czasu praktycznie "wisiała" na piersi. A ja byłam zmęczona, śpiąca i płakałam z bólu przy przystawianiu do piersi. A za plecami ciągle słyszałam by na siłę przystawiać no i non stop, że źle to robię.
Po powrocie do domu. Problemy odeszły. Po jakimś tygodniu mogłam się cieszyć spokojnym, bezbolesnym i pięknym karmieniem. Bez presji! Karmię już ponad 10 miesięcy. Nie uważam się za lepszą choć jestem z siebie dumna, że mimo wszystko dałam radę.
Podsumowując. Nie ważne czy rodziłaś SN czy CC, nie ważne czy KP czy MM. [Ja cię, ale skróty!] Jesteś mamą! Najwspanialszą dla swojego dziecka. I pamiętaj, Twoje ciało stworzyło Cud! No z małą pomocą mężczyzn, nie zapominajmy o tym. :P
A po porodzie niestety presja nie znika, było o tym w poprzednim wpisie. Jedyne to możemy zrobić to mieć to gdzieś! :)
Całujemy i życzymy miłego, słonecznego dnia! :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz